Wojciech Malak: Tomasz Gollob zastąpił mi rodziców (wywiad)

Fot. Marcin Karczewski
Fot. Marcin Karczewski

Za niecałe dwa tygodnie odbędzie się turniej „Gramy dla Tomka”, który poświęcony jest pomocy Tomaszowi Gollobowi. Cały zysk przeznaczony będzie na leczenie i rehabilitację legendy polskiego i światowego żużla. W bydgoskiej hali „Łuczniczka” kibice zobaczą zawodników ze światowej czołówki.  – My, jako żużlowa rodzina, zawsze trzymamy się razem – powiedział Wojciech Malak, były mechanik Golloba w rozmowie dla speedwayekstraliga.pl.

Dodatkowo od 1 grudnia trwają aukcje charytatywne, których zysk przeznaczony będzie na pomoc mistrzowi świata z 2010 roku. Wśród gadżetów znajdują się zaproszenia najwyższej kategorii na 2019 PZM Warsaw FIM Speedway Grand Prix of Poland na PGE Narodowym w Warszawie, plastrony PGE IMME oraz wiele innych przedmiotów.

speedwayekstraliga.pl: Co pan myślał, gdy powstawał pomysł turnieju „Gramy dla Tomka”?

Wojciech Malak: Chcieliśmy zrobić coś dla naszego przyjaciela. Każdy dużo mówi, a jak przychodzi co do czego, to już tak kolorowo nie jest. Chciałbym zaprosić 16 grudnia do hali „Łuczniczka” w Bydgoszczy. Będzie mistrz, będą obecne i byłe gwiazdy sportu. Zapełnijmy „Łuczniczkę” do ostatniego miejsca. Będziemy się dobrze bawić!

Na turnieju zjawi się praktycznie cała śmietanka polskiego żużla. Spodziewał się pan takiej reakcji środowiska na wieść o turnieju?

Oczywiście, że się spodziewałem. My, jako żużlowa rodzina, zawsze trzymamy się razem. Na zawodach jesteśmy przeciwnikami, a gdy na arenie gasną światła, to jesteśmy kolegami. Normalnymi ludźmi. I nie ważne, czy to jest Gollob, Hancock, Rickardsson, Crump, inni. To są normalni ludzie. Wiele razy już organizowaliśmy takie turnieje piłki nożnej, tylko nie miało to takiego oddźwięku jak teraz. To jest zrozumiałe, ponieważ mistrz jest tylko jeden.

Czego nauczył się pan od Tomasza Golloba?

Wszystkiego. Zapisując się do szkółki żużlowej byłem małym, biednym chłopcem, który chciał się przejechać na motocyklu. Miałem 15 lat. Wcześniej mój wujek chrzestny zabierał mnie na wszystkie zawody, które odbywały się na Sportowej 2 w Bydgoszczy. Rzeczywistość okazała się nie taka, jaką sobie wyobrażałem. Mieszkając w Fordonie (dzielnica oddalona od stadionu o jakieś 20 km) nie było mnie stać na bilet, żeby dojechać na stadion. Wtedy wymyśliłem, że będę jeździł na gapę. Nie raz musiałem wyskakiwać wcześniej, bo wchodził kontroler biletów, ale dopiąłem swego i zjawiłem się na Sportowej. Od 1992 roku moje życie zmieniło się o 180 stopni.

Jak wyglądała praca z mistrzem świata z 2010 roku?

To była czysta przyjemność. Pracować z taką osobą jak Tomasz, to jest po prostu coś, czego nie da się zdefiniować. Według mnie Gollob jest najlepszym zawodnikiem wszech czasów, jeżeli chodzi o czucie motocykla. Nie było i nie będzie w najbliższym czasie żużlowca, który by czuł tak motocykl, jak on. Chciałbym mu podziękować za wszystko, czego mnie nauczył. Zastąpił mi rodziców i tak jest do dnia dzisiejszego. Spotkały mnie w życiu trzy szczęścia – moja córka Martyna, żona Magda i właśnie Tomek.

Kto w przyszłym roku jest faworytem w walce o medale IMŚ?

Trzeba by było zapytać się tunerów. Mam wrażenie, że od dłuższego czasu to nie umiejętności decydują, kto zostanie mistrzem świata, a mechanik.

W przyszłym roku doczekamy się kolejnego złota Polaka i pierwszej wygranej naszego reprezentanta w Warszawie?

Chciałbym bardzo, ale to nie jest takie proste. Obserwując Tomasza parę ładnych lat też mi się wydawało, że będzie wszystko wygrywał. Jak wszyscy widzieli, tylko raz był mistrzem świata, ale doszedł do tego ciężką pracą. Chciałbym podkreślić, jaka startowała stawka, kiedy Gollob zaczynał przygodę z Grand Prix: Nielsen, Rickardsson, Knudsen, Loram, Crump, Pedersen, Louis, Ermolenko, itd., prawie sami mistrzowie świata. Tomek był z bloku wschodniego i w latach 90-tych nie miał do niczego dostępu, zresztą jak zwykli obywatele. Mimo tego Tomek pokonywał zagraniczne gwiazdy.

Co takiego jest w PGE Narodowym, że zbiera cały stadion żużlowych kibiców na każdą rundę Grand Prix w Warszawie?

Jak sama nazwa wskazuje, to jest PGE Narodowy. Ludzie z całej Polski chcą przyjechać i zobaczyć na żywo Warszawę. Grono ludzi nigdy nie było w stolicy. Poza tym to jest stadion, który pomieści ponad 55 tysięcy osób.

Jak pan ocenia tegoroczne okienko transferowe?

Nie chciałbym się wypowiadać. Sezon zweryfikuje, kto i jak się przygotował. Pod względem nie tylko sprzętowym, ale też mentalnym.

Kogo widzi pan w czwórce, która powalczy o wygraną w PGE Ekstralidze?

Znów wrócę do tunerów. Od tego, jakiej drużynie, kto będzie serwisował sprzęt zależy wynik. Jeżeli miałbym obstawiać, to typowałbym FOGO Unię Leszno, Falubaz Zielona Góra, CASH BROKER Stal Gorzów i MRGARDEN GKM Grudziądz. Tutaj trzymam kciuki za grudziądzan i nie tylko z tego powodu, że to był ostatni klub Tomasza Golloba, ale to jest najlepiej poukładana drużyna. Jak wejdą do czwórki, to myślę, że zdobędą medal.