Po drugiej stronie lustra – czyli mecz w dobie COVID-19

Fot. Wojciech Tarchalski
Fot. Wojciech Tarchalski

Nikt nie przewidywał, że na kolejny mecz we Wrocławiu, z publicznością, po pierwszym spotkaniu finałowym, przyjdzie czekać aż 295 dni. Po takiej przerwie wizyta na Stadionie Olimpijskim była upragniona i wyjątkowa, trochę jak powrót do domu po długiej podróży. Jak to często bywa po dłuższej nieobecności, ale obecnie głównie ze względu na specyfikę sytuacji, przyszło nam zmierzyć się z dużymi zmianami.

Wszyscy wiemy z jakimi okolicznościami przyszło nam się obecnie mierzyć. Idąc na pierwszy w tym sezonie, z publicznością na trybunach, mecz we Wrocławiu, czułam się trochę jak „Alicja po drugiej stronie lustra”. W tym wypadku rozumiane może być ono zarówno jako ekran telewizora lub po prostu (nieco) inna rzeczywistość. Na pierwszy rzut oka niemal wszystko miało być inne, niż kiedyś. Od procesu i sposobu przyznawania akredytacji, po ich odbiór, zasady pracy mediów i organizacji zawodów. Przed spotkaniem trzeba było zaznajomić się z otrzymanymi od klubu informacjami logistycznymi. Lekka niepewność mieszała się z ekscytacją, porównywalną do tej odczuwanej podczas pierwszych w życiu meczów. Po przyjeździe na miejsce, mimo blisko godziny do rozpoczęcia spotkania, na Stadionie Olimpijskim spotkać można było sporą grupę fanów żużla ubranych głównie w żółto-czerwone barwy. Jednak zamiast szybkiej wizyty w parku maszyn i „fotorelacji” do social mediów, można było co najwyżej zrobić zdjęcia tym wiernym kibicom zmierzających w kierunku otwartych dla nich bram stadionu.

Kasy biletowe zostały zamienione w punkt odbioru identyfikatorów i obsługę mediów. Możliwe było odebrane tam upragnionej akredytacji (z większą liczbą, niż zwykle, przekreślonych stref dostępnych dla mediów/foto) i opaski uprawniającej do wejścia – staną się pamiątką i symbolem tych specyficznych czasów.

Przed wejściem do stref MEDIA oraz FOTO obowiązkowa dezynfekcja rąk i można było śmiało kontynuować podróż. Była to jednoczenie dobra okazja do eksploracji nowych zakamarków Stadionu Olimpijskiego, poniekąd poznania go od nowej, ciekawej strony, gdyż również przejście do wydzielonej strefy zostało przeniesione w zupełnie inne miejsce. Poza początkową niepewnością co do prawidłowości obranego kierunku, wykorzystując zasadę „koniec języka za przewodnika” udało się dotrzeć do upragnionego celu w postaci sektora MEDIA.

Również dzikie zwierzęta zdawały się być nieco zaskoczone powrotem ludzi na stadion. Nieoczekiwanym gościem stał się przechadzający się po sektorze „U” lisek. Spłoszony schował się nieopodal, pod jedną z polewaczek, później widziano go również na pasie bezpieczeństwa. Możliwe, że tym samym gospodarze pozyskali nową maskotkę czy też kibica.

Chociaż dawno już nie było w „naszym sektorze” tyle miejsca i poczuć można się było niemal jak VIP, również za sprawą rozdanych butelek z wodą i „rozkładówek” meczu, to jednak nie dało się oprzeć wrażeniu, że to nie to samo. W naszym ambasadorskim duecie zawsze staraliśmy się „jeździć parą”. Jedno zajmowało miejsca strategiczne, drugie dbało o napoje. Komfort w postaci większej przestrzeni osobistej nie rekompensuje braku wsparcia czy też możliwości analiz meczowych z „kolegami po fachu”.

Wraz z pozostałymi przedstawicielami mediów solidarnie, dzięki czemu dużo łatwiej można było „wytrzymać” w założonych, przez całe spotkanie maseczkach. Jednak w porównaniu z zawodnikami, którzy muszą przestrzegać nawet większej liczbie obostrzeń w parku maszyn, to żadne „poświęcenie”.

Co do samego przebiegu spotkania były dobrze znane, niezmienne punkty programu, jak próba toru. Jako pierwsi wjechali liderzy gospodarzy, którzy chociaż w taki sposób mogli przywitać swoją publiczność. Kapitan Maciej Janowski i Tai Woffinden, zostali przez wszystkich niezwykle gorąco przywitani. U gości Piotr Protasiewicz i Antonio Lindbaeck równie entuzjastycznie przyjęci. Cała czwórka, niejako odwdzięczyła się za to, piękną walką na torze w czasie całego meczu.

Zabrakło prezentacji, ale tylko w starym wydaniu. Na telebimie wyświetlona została wirtualna, z zapowiedzią Jacka Dreczki. Przedstawione zostały numery startowe oraz kryjący się pod nimi poszczególni, machający do nas z ekranu. zawodnicy BETARD Sparty Wrocław. Rozległy się owacje, jak dawnej. Tak, aby słyszeli, że nie są już sami, a całe spotkanie pojadą razem z nami – kibicami. Następnie przedstawiono w podobny sposób drużynę  gości.

Tym samym, mimo wcześniejszego przyjścia na stadion, godzina czekania upłynęła niezwykle szybko i miło. Rozglądając się dookoła można było napotkać twarze zarówno starszych, jak i bardzo młodych kibiców z założonymi maseczkami, utrzymujący dystans społeczny, bez zbędnego ekwipunku. W tym obrazku, wraz z upływem kolejnych wyścigów, coraz bardziej brakowało widoku wyrazu radości czy też lekkiego zawodu malujących się na twarzach. Również daremnie można było czekać na przeniknięcie zapachu spalonego oleju. Jednak móc doświadczać emocji znów na żywo, bliżej innych, to nieporównywalnie większe doznanie, niż telewizyjne oglądanie nawet najlepszej transmisji.

Wśród spartańskich fanów gdzieniegdzie przyjezdni nie jak zwykle i nie w takiej liczbie na trybunie gości (według przepisów wyłączonej z dostępności), a wśród miejscowych. Wszyscy jak jedna, wielka rodzina, bez niepotrzebnych pretensji i niezadowolenia. Każdy wiedział, dzięki spikerowi, systematycznie przypominającemu zasady, że przestrzegając ich poniekąd „walczymy” o to, aby coraz więcej z nas mogło w najbliższej przyszłości zasiąść na trybunach.

Stadion, jak się wydaje, wypełniony maksymalnie, oczywiście w przepisowej liczbie 25%. Za co pochwalił wrocławską publiczność, podczas jednej z przerw współkomentujący to spotkanie na antenie nSport+ Krzysztof Cegielski.

Można być pod wrażeniem wrocławskiego zapału. Mimo niedogodności, mniejszej liczby, doping nadal trwał. Równie mocny i szczery jak ten, który zapamiętaliśmy z poprzedniego sezonu. Trochę niczym orkiestra na Titanicu z utworu Lady Pank. Chociaż w nie tak dramatycznych okolicznościach. Było słynne: „druga strona odpowiada”, „W! T! S!” czy pełne radości, po 5:1, „Ole! Ole! Nie damy się!”, a nawet próba zorganizowania meksykańskiej fali.

Aktualnie sytuacja nie pozwoliła na zorganizowanie konkursów dla publiczności czy zakup na stoiskach gadżetów lub programu zawodów. To wszystko co jakiś czas przypominało, że jest inaczej. Jednak na dobrą sprawę, to tylko dodatki do głównej atrakcji, jaką na każdym meczu żużlowym jest samo ściganie, a tego w tym spotkaniu nie zabrakło. Tym samym decydujący bieg 15. obejrzano, wedle tradycji, na stojąco i gorąco dopingując najlepszych zawodników meczu.

Jestem pewna, że każdy kto zdecydował się być tego dnia, niezależnie od swojej roli, na tym spotkaniu, nie żałował swojej decyzji. Chociaż nie było zwieńczenia w postaci zwycięstwa miejscowej drużyny, to jednak spragnieni wrażeń, wszyscy smakowali mecz i było wyjątkowo.

Po tak wyrównanym i wyczekiwanym meczu, aż chciałoby się pobiec do parku maszyn. Jednych zapytać o powody słabszej dyspozycji czy wrażenia po debiucie, innym pogratulować świetnej postawy. Na razie zadowolić się jednak trzeba przesłanym przez klub oraz wypowiedziami żużlowców z telewizji. Warto jednak docenić, że są, bo gdyby przyszło nam się mierzyć z podobną sytuacją kilkanaście lat wcześniej, zapewne nie byłoby takich możliwości.

Dla każdego zarówno kibiców, organizatorów, jak i mediów jest to nowa sytuacja. Z każdym kolejnym meczem będzie łatwiej i „normalniej”. Musimy się na tę chwilę przyzwyczaić do wszystkich nowości. Decydując się na uczestniczenie w meczu, każdy wiedział, jakie są zasady. To, co jednak najbardziej optymistyczne to fakt, że wyjątkowej atmosfery nie zniszczy nawet reżim sanitarny.

Ile by się nie zrobiło, na pewno było inaczej, niż zwykle, ale czy gorzej? Zostawiam to do oceny każdemu z osobna. Osobiście nie odniosłam takiego wrażenia. Co można było, udostępniono i umożliwiono uczestnikom meczu. Mimo początkowych obaw o możliwą „dziwność”, niejaką sztuczność wymuszoną przez przeróżne przepisy, w rezultacie wszystko to stało się mało istotne. Odchodziło w niepamięć, dzięki postawie kibiców na trybunach, jak również zawodników na torze. Za to dla nich wszystkich należą się wielkie brawa!

Wychodząc z założenia, że w każdej sytuacji warto doszukiwać się pozytywów, widzę ich niemało. Paradoksalnie pozwala ona, niektórym docenić jeszcze bardziej możliwość uczestniczenia w zawodach, realizowania swoich pasji. Pandemia wymusza na nas dostosowanie się do pewnych wytycznych, jednak to kiedyś minie i jeszcze będzie pięknie, jeszcze będzie się działo! Na ten czas pozostaje czerpać się z każdej chwili ile tylko się da.

Często bywa tak, że aby mogło być lepiej najpierw musi być (nieco) gorzej. Chociaż w moim odczuciu, w tym wypadku, po prostu inaczej. Mimo to, parafrazując Janusza Kołodzieja jest coraz lepiej, „ale prosimy o więcej” czy też czekamy na więcej.

 

Alicja Labrenc