PGE Ekstraliga: Mój pierwszy mecz – wojna nerwów

Fot. Zuzanna Kloskowska
Fot. Zuzanna Kloskowska

Wielu kibiców swoje pierwsze świadome mecze wspomina latami. Debiutancka wizyta na stadionie podczas ligowego spotkania to jedno z tych przeżyć, których nie sposób zapomnieć. O swoich wrażeniach opowiedział Kibicowski Ambasador PGE Ekstraligi z Leszna, Joachim Piwek.

Miałem niezwykłe szczęście, ponieważ po raz pierwszy na obiekcie im. Alfreda Smoczyka na meczu pojawiłem się podczas starcia z odwiecznym rywalem FOGO UniiFalubazem Zielona Góra, a było to 12 czerwca 2011 roku.

Zamiłowaniem do czarnego sportu zarazili mnie starsza kuzynka i jej chłopak. To oni zabrali mnie na stadion, abym mógł przeżyć żużlowe emocje i po raz pierwszy podziwiać zawodników, o których wcześniej wiele słyszałem od kolegów ze szkoły. Do tamtego czasu żużel oglądałem tylko w telewizji i czasem słuchałem relacji z meczów w radiu.

Wiedziałem, że leszczynian prześladował pech i wielu zawodników było kontuzjowanych. Prawdziwa tragedia miała jednak miejsce pięć dni wcześniej. Z Australii napłynęła wiadomość o złamaniu kręgosłupa przez legendę klubu — Leigh Adamsa. Mimo że miałem 9 lat, to zdawałem sobie sprawę, jak straszny jest to cios dla każdego kibica i dla klubu.

Wszyscy baliśmy się, że mecz może się nie odbyć ze względu na opady, które krążyły w pobliżu Leszna. Deszcz kropił także, gdy jechaliśmy na stadion, ale na szczęście chmury ominęły żużlową arenę. Pamiętam, że kibice byli bardzo podekscytowani, bo mecze z zielonogórskim zespołem zawsze mają ogromne znaczenie dla fanów. Podsłuchałem rozmowę kilku z nich. Sądzili oni, że to goście są faworytami i pokonanie ekipy zielonogórskiej będzie nie lada wyzwaniem.

Gdy walka wreszcie się zaczęła, to czułem, że stawka jest naprawdę wysoka i zacząłem z zapartym tchem śledzić zawody. Do wyścigu juniorskiego było kilka podejść, a kolejne biegi budziły coraz większe emocje. Po jednej z gonitw gospodarze wysunęli się na prowadzenie i wszyscy trochę się uspokoiliśmy, ale po chwili leszczynianie musieli znowu gonić wynik. Nie było na stadionie kibica, który choć raz nie krzyknąłby „Leigh Adams” w trakcie przerw między wyścigami. Wielu fanów skakało i wymachiwało rękoma, co nieco utrudniało mi oglądanie niektórych biegów. Bardzo głośni byli też kibice Falubazu.

Gdy mecz wchodził w końcową fazę, jeden z wyścigów zakończył się podwójnym zwycięstwem biało-niebieskich i prawdziwym szałem na trybunach. W międzyczasie straciłem rachubę i nie wiedziałem nawet dokładnie, jaki jest wynik. Jednak Falubaz prowadził, a po remisie w 14. biegu zapanowała cisza. Niektórzy byli wściekli, inni smutni, a ja dowiedziałem się od kuzynki, że jest jeszcze nadzieja. Zielonogórzanie prowadzili tylko i aż dwoma „oczkami”.

Janusz Kołodziej i Jarosław Hampel musieli podwójnie pokonać Grega Hancocka i Piotra Protasiewicza. Wszyscy kibice wstali, a ja wdrapałem się na krzesełko i obserwowałem moment startu. Stadion po prostu eksplodował — leszczyńska para idealnie ruszyła, a następnie koncertowo rozegrała pierwszy łuk i nie oddała prowadzenia zielonogórzanom. Kilkanaście tysięcy fanów krzyczało i skakało, sztab FOGO Unii zaczął podrzucać po biegu obu zawodników, a ja nauczyłem się nawet machać moim długim szalikiem. W obliczu licznych kontuzji i dramatu Adamsa, wynik 46:44 był niczym wywalczenie mistrzostwa i triumf świętowaliśmy jeszcze długo po zakończeniu meczu. Zwycięstwo dedykowano oczywiście Australijczykowi.

Wydaje mi się, że każdy, kto był wtedy na stadionie, zakochał się w żużlu na dobre i jest teraz fanem tej dyscypliny. Przez niemal 10 lat widziałem dziesiątki spotkań, ale uważam, że do teraz nie byłem świadkiem bardziej emocjonującego starcia. To była prawdziwa wojna nerwów na najwyższym poziomie i cieszę się, że dzięki takiemu widowisku mogłem zakochać się w czarnym sporcie.

Joachim Piwek