PGE Ekstraliga: Mój pierwszy mecz, czyli dzień, który zmienił (prawie) wszystko

Fot. Wojciech Tarchalski
Fot. Wojciech Tarchalski

– Niepewność, ekscytacja, adrenalina! Tymi trzema słowami mogłabym opisać swoją pierwszą wizytę na stadionie podczas meczu żużlowego. Dzień, który systematycznie zmieniał moje życie i pozwolił odkryć wielką pasję, jaką jest żużel. Wszystko za sprawą dwóch wyjątkowych mężczyzn – tak swój pierwszy mecz wspomina Ambasadorka PGE Ekstraligi, Alicja Labrenc.

Można powiedzieć, że metanol mam we krwi, bo urodziłam się w Rybniku, który jak wiadomo żużlem, i jego bogatą historią, stoi. Pierwszy raz na Stadion Miejski, przy ulicy Gliwickiej 72 zabrał mnie tata, kiedy byłam malutka. Niewiele pamiętam z tego okresu, więc na w pełni świadomy, pierwszy mecz poszłam wiele lat później, gdy mieszkaliśmy już we Wrocławiu.

Były to jeszcze czasy Sparty Wrocław  z niewyremontowanym stadionem, mniejszą liczbą kibiców, ławkami zamiast wygodnych żółto-czerwonych krzesełek, z marzeniami częściej o utrzymanie niż walkę o medale. Miały jednak jeden duży atut – Jason Crump w składzie. Mój idol, od którego tak naprawdę wszystko się rozpoczęło. Można powiedzieć, że speedway był moim przeznaczeniem i sam mnie wybrał. Zaczęło się zupełnie przypadkowo i niewinnie. Oglądając telewizję, spośród wszystkich programów moją uwagę kilkukrotnie przykuła transmisja z FIM Speedway Grand Prix. Z czasem zaczęłam na bieżąco podziwiać jazdę Crumpa podczas walki o tytuł Indywidualnego Mistrza Świata. Kiedy dowiedziałam się, od taty, że Australijczyk jeździ w drużynie z Wrocławia, nie mogłam uwierzyć. Wielokrotny medalista mistrzostw Świata, z Antypodów, jeździ w polskiej lidze i to w zespole z mojego miasta. Brzmiało nie wiarygodnie, sami musicie przyznać. Koniecznie musiałam wybrać się, więc na Stadion Olimpijski, aby  sprawdzić to osobiście i tak już tam zostałam.

Mecz odbył się 11 lat temu, czyli w 27 lipca 2008 roku. Wówczas Atlas Wrocław, pod wodzą Marka Cieślaka, podejmował u siebie drużynę Rafała Wilka – Marma Polskie Folie Rzeszów. Oprócz wspomnianego już Jasona Crumpa, który zdobył 13 pkt, w składzie gospodarzy znajdowali się Ś.P. Tomasz Jędrzejak (12 pkt), Krzysztof Słaboń (7 pkt), Daniel Jeleniewski (18 pkt!) Mariusz Węgrzyk (7 pkt). Formacje juniorską tworzyli Maciej Janowski (7 pkt) i Filip Sitera (2 pkt). Do dziś w składzie został tylko wychowanek, a ja drugiego młodzieżowca w zasadzie nie pamiętam. Bardziej kojarzy mi się z tamtymi czasami Leon Madsen w roli wrocławskiego juniora.

Wracając do samego meczu, który był jednostronny, według moich zapisków gospodarze pewnie wygrali 62:30, jak to możliwe? Źle wpisałam wynik 8 biegu (sprawiedliwie lub litościwie wpisując obu drużynom po 4 pkt). Śmiało można, więc nazwać ten mecz pełnym debiutów, uczyłam się wypełniać program, wybierać najlepsze „pozycje strategiczne”. Trzeba było dużo wcześniej przyjść na stadion nie tylko z powodu braku sprzedaży internetowej biletów, ale również zajęcia najlepszego fragmentu drewnianej ławki. Nie było numerowanych miejsc, najlepszymi były, więc te znajdujące się jak najwyżej, żeby móc wstawać oklaskując zawodników i nikomu nie zasłaniać, ale również móc w razie potrzeby skryć się pod zadaszeniem. Dodatkowo najlepiej było siedzieć po najbardziej zewnętrznej stronie ławki, aby jak najwięcej samemu widzieć. Oczywiście sektor z widokiem na prostą startową lub wejście w pierwszy łuk.

Muszę jednak przyznać, że w pamięci głównie pozostały mi wspomnienia związane z oprawą i atmosferą a nie samym przebiegiem spotkania. Charakterystyczny styl Andrzeja Malickiego zapowiadającego mecze, w głowie wciąż słychać też, niektóre przyśpiewki oraz dwie piosenki inaugurujące rozgrywki: „Eye of the tiger” i „I love rock n’ roll”. Od początku gdy tylko do moich uszu trafiały pierwsze nuty tych utworów na ciele pojawiały się ciarki i ekscytacja. Nie mogłam się doczekać jak tylko zawodnicy wyjadą na prezentacje. Z namacalnych pamiątek zostały mi po tym spotkaniu natomiast bilet i wspomniany już program zawodów oraz kilka zdjęć.

Natychmiast spodobało mi się wszystko od „zapachu metanolu”, przez warkot motocyklów, na atmosferze kończąc, mimo, że wówczas dużo skromniejszej  niż teraz. Było na pewno dużo luźniej na trybunach, na ogół spokojnie, rodzinnie, a nawet nieco piknikowo, ze słonecznikiem w roli głównej. Żużel we Wrocławiu nie był wówczas tak modny, czy też popularny jak teraz. Można odnieść wrażenie, że w tamtym czasie na mecze przychodzili głównie długoletni fani tego sportu. Przynajmniej w naszym sektorze, wciąż widywało się znajome twarze kibiców, od których można było uczyć się dopingu. Pośród nich ja kilkunastoletnia dziewczynka, pełna niepewności i fascynacji wszystkim co było tak nowe, ale chwilami i niezrozumiałe. Przede wszystkim towarzyszyło mi jednak to niezapomniane, nie do opisania, uzależniające, trwające do dziś uczucie, udzielająca się nawet kibicom, czyli adrenalina.  Tym samym łatwo było poznać, że uzależniam się od żużla. Szybko poczułam, więc znaczącą różnicę również w zakresie towarzyszącym emocjom, między kibicowaniem na żywo i przed ekranem.

Mecz zupełnie różnił się również od znanych mi w telewizji zawodów indywidualnych. Miałam jednak po tym nieznanym świecie świetnego przewodnika, szybko zostałam więc przeszkolona w kwestii zasad. Główna z nich brzmiała: „czerwony i niebieski” mają być na czele. Łatwo było zapamiętać bo podczas tego meczu ani razu wrocławianie nie przegrali biegu, co pozwoliło ugruntować nowo poznaną regułę. Oczywiście mój wzrok skupiony był głównie na jednym zawodniku pod kaskiem gospodarzy. Cudownie było podziwiać jazdę Jasona Crumpa, jego sylwetkę, styl, jednym słowem rozczarowania nie było. Tamten mecz umocnił mnie tylko w przekonaniu, że będzie to mój sportowy idol. Miałam wielkie szczęście, że akurat w tamtym czasie zainteresowałam się żużlem i mieszkałam we Wrocławiu. Cudowny zbieg okoliczności? Cóż podobno w życiu nie ma przypadków, jest tylko cel, którego jeszcze nie rozumiemy. Od tamtego czasu rosła moja miłość do czarnego sportu, kolekcja programów żużlowych, później również odznak, wpisów zamieszczanych na blogu, zdobytych autografów. Przede wszystkim jednak ilość wspaniałych wspomnień zbieranych podczas ligowych i międzynarodowych zawodów. Od 2010 roku chodziliśmy już na wszystkie spotkania, w 2017 doczekaliśmy się własnych karnetów i wyremontowanego Stadionu Olimpijskiego.

Wiele się od tamtego czasu zmieniło, w składzie, samym obiekcie, jak i dyscyplinie  jedno na szczęście pozostałe niezmienne, kibicujemy wciąż razem. Chociaż już z nieco innych perspektyw. Mnie od roku dane jest patrzeć na żużel oczami Ambasadorki PGE Ekstraligi, a mój tata nadal dzielnie towarzyszy mi oraz naszej drużynie w roli najwierniejszego kibica.

Tatuś dziękuję Ci za wieloletnie wspieranie mnie w mojej żużlowej pasji i odkrywaniu jej wspólnie zarówno na polskich jak i zagranicznych stadionach!

Alicja Labrenc