Norbert Kościuch: Potrzebowałem czasu. Dobrze, że „odpaliło” akurat w takim momencie (wywiad)

Fot. Zuzanna Kloskowska
Fot. Zuzanna Kloskowska

Prawdziwe show zgotował Norbert Kościuch kibicom na MotoArenie w meczu przeciwko TRULY.WORK Stali Gorzów. Wychowanek z Leszna wygrywał starty, był szybki na dystansie i walczył jak równy z równym choćby z Bartoszem Zmarzlikiem. Na swoim koncie uzbierał siedem oczek i pojechał nawet w biegu nominowanym. – Nigdy się nie poddam – mówił w rozmowie ze speedwayekstraliga.pl.

Jakub Keller: Patrząc na pana, odnoszę wrażenie, że w jakimś stopniu zeszło z pana ciśnienie, które gotowało się w panu od jakiegoś czasu. Mam rację?

Norbert Kościuch: Oczywiście że tak. To normalna kolej rzeczy. Wiadomo z jakiej pozycji startowałem. Proszę uwierzyć. Nie było łatwo. Wierzyłem jednak, że w końcu nadejdzie moment przełamania. Cieszę się, że akurat „odpaliło” w takim momencie.

Dlaczego?

Cały czas jesteśmy w grze. Marginesu błędu jednak żadnego już nie mamy. Mogę jednak zadeklarować, że się nie poddamy. Przynajmniej ja się nie poddam. Będziemy walczyć do końca.

Gołym okiem było widać poprawę w pana jedzie. Był pan szybki, miał pan znakomite starty. Były jakieś inwestycje w sprzęt w ostatnim czasie? Czy korzystał pan z jednostek, które do tej pory miał pan do dyspozycji?

Ja w tym sezonie cały czas inwestuje. Włożyłem mnóstwo pieniędzy w sprzęt. Sporo zawdzięczam panu Zenonowi z firmy „Fachowiec”, w którym od lat mam duże wsparcie. Mam też mnóstwo przyjaciół, którzy także pomagają mi w trudnych chwilach. Sztab ludzi pracuje na mój wynik.

Ale praca tych ludzi w końcu przyniosła efekt…

Tak, ale potrzebowaliśmy czasu. To nie jest tak, że się kupuje, wsiada i punktuje. Owszem. Każdy by chciał, żeby tak było, lecz niestety tak to nie wygląda.

Sporo zmian ostatnio w GET WELL Toruń. W parkingu pojawił się Mark Lemon. Nie ma za to Jacka Frątczaka. Jak pan ocenia tę zmianę?

Nie mi to komentować. To decyzja zarządu. My, zawodnicy jesteśmy od jazdy i bawienia kibiców.

A propos kibiców… W połowie meczu, najbardziej zagorzali fani opuścili „młyn” i zgromadzili się nad parkiem maszyn. Poczuliście jeszcze większą presję?

Nie, absolutnie. Czapki z głów dla kibiców. Po wynikach, które osiągaliśmy do tej pory stadion podczas meczu powinien być niemal pusty. Widzę, że jest jednak grupa fanów, która w nas wierzy. Osobiście bardzo to doceniam.

To mogę jedynie dodać, bo nie wiem czy pan to widział – kibice na prostej startowej na stojąco oklaskiwali pana, kiedy mijał pan linię mety na pierwszej pozycji…

Widziałem. To im jednak należą się oklaski. Nie ukrywam, potrzebujemy ich wsparcia. Będziemy walczyć do końca, a doping kibiców na pewno doda nam skrzydeł.

Czy przedmeczowe opady wpłynęły na warunki torowe? Dopiero w drugiej części zawodów odpowiednio się przełożyliście.

Przyznam szczerze, że dopiero zaczynam czytać ten tor. Mieliśmy sparingi przed sezonem przy bardzo niskich temperaturach. Teraz silniki pracują inaczej. Cały czas szukałem jazdy, bo nie miałem jej zbyt wiele, a treningi nie zawsze przekładają się na to, co jest w meczu. Teraz mogę jednak powiedzieć: wiem więcej o torze w Toruniu. Na pewno wykorzystam to w przyszłości.

Zapytam jeszcze o sytuację z 14. biegu, kiedy to na tor upadł Anders Thomsen. Sędzia uznał, że to pan był winien tej sytuacji. Zgadza się pan z tą decyzją?

Cóż mogę powiedzieć? Sędzia podjął taką decyzję i trzeba ją uszanować. Tyle.

Ale w parku maszyn był pan zdenerwowany?

Tak, ale to w sumie bardziej na siebie, bo mogłem ten bieg inaczej rozegrać. Człowiek uczy się na błędach, a jakiś tam mój błąd w tej sytuacji faktycznie był. Na przyszłość wyciągnę jednak wnioski i inaczej takie sytuacje rozegram.

Jakub Keller
Fot. Zuzanna Kloskowska