Kolejna wyjątkowa, żużlowa noc we Wrocławiu (relacja z meczu #WROLES)

Przez ostatnie lata tor we Wrocławiu bił rekordy ilości „mijanek” w tym sezonie zajmuje, według statystycznych obliczeń Rafała Gurgurewicza, dopiero przedostatnie miejsce. Jednak Olimpijski nie lubi nudy i zawsze postara się o dostarczenie kibicom wrażeń i rekordów. Mieliśmy już poprawianie czasów biegowych, teraz przyszła kolej na wymianę ciosów w postaci 5:1 dla jednego lub drugiego zespołu. Do tego cudna atmosfera i kilka „nowości” uczyniło to spotkanie, po raz kolejny, wyjątkowym.

Jedni zwrócą uwagę na mniejszą liczbę mijanek. Inni znajdą kolejny powód do zadowolenia, np. w postaci ważnego zwycięstwa i to pierwszego w sezonie, a dla wrocławian od 2017 roku, z FOGO Unią Leszno. Mowa tu oczywiście o tej części fanów, którym bliżej do żółto-czerwonych a nie biało-niebieskich barw klubowych. Chociaż pod pewnymi względami dla każdego znalazło się, podczas tego spotkania, coś dobrego.

Mecz był, oprócz wspomnianej wygranej, wyjątkowy również z innego powodu – aż 11 razy na 15 wyścigów padł wynik 5:1 dla jednej lub drugiej drużyny. Po dokładniejszym przeanalizowaniu spotkań, do sezonu 2015 włącznie, udało mi się znaleźć podobne mecze za tak zwany „cios za cios” w 2018 roku.  Dla przykładu między drużynami z Częstochowy i Wrocławia, podczas meczu finałowego o brązowy medal, aż 10 razy padł wynik 4:2 lub 2:4. Natomiast ostatni zacięty pojedynek gdzie padła podobna liczba wyników 5:1 znalazłam dopiero po cofnięciu się do półfinału między ekipami z Torunia i Tarnowa, który odbył się 23.09.2012. Wówczas spotkanie zakończyło się remisem a wspomniany wynik biegu powtarzał się 10 razy.

Podczas niedzielnego meczu doszło do nietuzinkowej sytuacji, już w pierwszym biegu, kiedy to podczas jazdy Bartosz Smektała „zgubił” gogle na torze. Na całe szczęście, chociaż niewiele brakowało, nie uderzyły one o jadącego za nim Chrisa Holdera. Ukończenie biegu w takich warunkach to prawdziwe wyzwanie, tym bardziej przy tak ciężkiej szprycy jaką tego dnia mieliśmy na Olimpijskim. Mówi się, że żużlowcy absolutnie nie mogą zamykać oczu podczas jazdy, jednak wiele wskazuje na to, że słynny Smyk nie miał wówczas innego wyjścia. Kibice wstrzymali na chwilę oddech, dużo szczęścia w nieszczęściu, że nikomu nic się nie stało.

Jeśli chodzi o „nowości” to miłym dodatkiem była, pierwszy raz w sezonie we Wrocławiu, możliwość zakupienia i zapisywania wyników w wydrukowanym programie zawodów. Dla sentymentalnych chomików, takich jak ja, to bardzo miła pamiątka. Na pewno mniej uciążliwa niż samodzielnie drukowanie, aczkolwiek szkoda, że klub tak późno poinformował o tej zmianie.

To co jednak mnie bardzo cieszy i wcale nie jest tak oczywiste, to postawa kibiców. Wszyscy wiemy, że wrocławscy i leszczyńscy fani delikatnie mówiąc za sobą nie przepadają. Natomiast podczas 9. rundy zmagań, mimo połowy zapełnionego obiektu, udało się odjechać spotkanie w duch fair-play zarówno na trybunach, jak i torze. Niezależnie od tego, czy wyścig kończył się wygraną 5:1 na korzyść gospodarzy, czy gości kibice i tak potrafili zwycięzców nagrodzić brawami. Oczywiście nie były to tak gromkie aplauzy, jak dla swoich zawodników, ale co najważniejsze obyło się bez gwizdania, wyzwisk i innych niepotrzebnych „dodatków”. Nawet gdy leszczyńskie Byki wyszły na prowadzenie w meczu nie zapadła na trybunach przeraźliwa cisza jak na niektórych Stadionach, czy też nie okazywano miejscowym dezaprobaty. Miła odmiana po tym, co działo się podczas spotkania z PGG ROW-em Rybnik. Idąc na mecz obawiałam się, że może być nerwowo, chociaż z drugiej strony po ostatnim „zachowaniu” trzeba było być uważniejszym, ale i mądrzejszym, a co za tym idzie – wyciągnąć wnioski. Na szczęście to też uczyniono.

Na koniec to, co niesamowite to ta radość ze zwycięstwa. Ktoś powie przecież to nie finał. Zgadza się, ale jakże ważny krok w jego stronę uczyniony. Takie zwycięstwa niezwykle budują i radują. Każdy kibic marzy o play-off, każdy zawodnik, dodatkowo, o pokonaniu najlepszych, tym bardziej jeśli rywal w sezonie porażki nie zaznał. Zwycięstwo nad niezwykle mocnym zespołem, który we Wrocławiu czuł się zawsze jak u siebie, zasługuje na wielką euforię.

Pięknie się ułożyło, że akurat to spotkanie mogło obejrzeć więcej kibiców. Pogoda również była łaskawa i cały dzień, wyjątkowo nie padało. Oczywiście można poruszyć kwestie samego meczu jako widowiska. Wynik trzymał w napięciu, a to co działo się na torze już mniej. Nie było zbyt wiele ścigania, które tak uwielbiamy i do którego od dwóch lat Stadion Olimpijski nas przyzwyczaił. Gdyby wynik ten padł jeszcze przy takich okolicznościach myślę, że stadion jeszcze dłużej, niż miało to miejsce w niedzielę, by nie opustoszał.

Ostatnio było o rekordach toru teraz jest o kilku niezwykłościach. Jak każdy tęsknie za tym wspaniałym ściganiem niezwykłymi szarżami, ale jak już wielokrotnie podkreślałam w tym sezonie doceniam to, co jest. To, że sezon mimo „covidowej rzeczywistości” udało się rozpocząć, nie oznacza, że trzeba wobec niego być mniej wymagającym absolutnie, trzeba ciągle dążyć do rozwoju dyscypliny. Jednak ta specyficzna sytuacja jest świetną okazją, aby nieco się zatrzymać i docenić te czasem mniejsze, może wcześniej niedostrzegane, ale ważne rzeczy. Nacieszyć oko uśmiechnąć się i pomyśleć, ależ to była fajna, żużlowa noc. Osobiście w mojej pamięci spotkanie zapiszę natomiast jako miły prezent (po)urodzinowy.

 

Alicja Labrenc