Jamróg: Czasami co za dużo, to nie zdrowo (wywiad)

Fot. Wojciech Tarchalski
Fot. Wojciech Tarchalski

Podczas niedzielnego meczu BETARD Sparta Wrocław pokonała u siebie GET WELL  Toruń. Gospodarze jechali w osłabionym składzie, bez kontuzjowanego Macieja Janowskiego. Kapitan użyczył jednak na spotkanie swój sprzęt Maxowi Fricke oraz Jakubowi Jamrogowi, którzy zdobyli kolejno 11+2 oraz 6+1. O swoich wrażeniach po meczu oraz żużlowych paradoksach i sytuacjach wymykających się logice specjalnie dla speedwayekstraliga.pl opowiedział były zawodnik tarnowskiego klubu.

Alicja Labrenc: Wygraliście pewnie z GET WELL Toruń, do dorobku drużyny dorzuciłeś 6 punktów i bonus. Jest satysfakcja, czy jednak pojawia się jakieś „ale”?

Jakub Jamróg: Jestem zadowolony, coś się wreszcie przełamało. Przede wszystkim sam sobie udowodniłem, że forma jest i stać mnie na dobre wyniki, a starty w PGE Ekstralidze to nie są dla mnie za wysokie progi i to są, uważam, najważniejsze wnioski. Nie ukrywam, że uratował mnie trochę silnik od Macieja Janowskiego. Też mam dobry sprzęt, aczkolwiek brakuje jeszcze tej kropki nad „i”, a jego jednostka była bardzo dobrze dopasowana. Jego team podpowiedział, co powinniśmy zrobić i to zdało egzamin. Na tym teraz polega żużel, trzeba mieć dobry sprzęt i wtedy jest kompletnie inna jazda.  Także można się pocieszyć, że coś drgnęło, ale już kolejne dni to będzie ciężka praca, bo teraz najważniejsze jest, żeby ten poziom utrzymać.

Przez całe zawody korzystałeś z silnika Macieja, czy wypróbowałeś też swoje jednostki?

Ze swojego skorzystałem podczas pierwszego biegu, ale od drugiego już do końca zawodów jechałem na tym od Macieja.

Wynik 54:36 zaskoczył was, czy byliście o niego spokojni?

Był spokój, podczas spotkania wiedzieliśmy, że pewnie prowadzimy, ale mimo to cały czas mieliśmy narady, analizowaliśmy, motywowaliśmy się, żeby utrzymać ten wynik i nie popaść w skrajny optymizm, za bardzo się nie rozluźnić. Do ostatniego biegu walczyliśmy o każdy punkt, bo o to właśnie w tym chodzi. Oczywiście jest radość, ale „dzisiaj jest dzisiaj”, a teraz skupiamy się już na kolejnym meczu.

Przez 3 tygodnie mieliście przerwę od ścigania na własnym torze. Była ona potrzebna, czy jednak trwała za długo?

Nawet nie wiedziałem, że ta przerwa tyle trwała, były m.in. starty w Szwecji. Naprawdę sporo tego jest. Tor przygotowany był w zasadzie tak, jak zawsze, a że czasami co za dużo, to nie zdrowo to myślę, że pozwoliło nam to jednak złapać trochę luzu. Bywa tak, że jak nie trenuje się za dużo to jest nawet lepiej, bo mieliśmy tylko w sobotę krótki trening, a widać efekty. Dopiero pierwszy rok jeżdżę we Wrocławiu, a co za tym idzie mam za sobą mniej jazdy na tym torze, niż koledzy z zespołu. Żużel jest teraz dość specyficzny, można trenować cały tydzień i nie ma wyniku, a można w ogóle nie trenować i z marszu zdobyć dużo punktów i jest nawet lepiej. Mamy jednak doświadczonych zawodników i cieszymy się, że potrafimy wykorzystać atut własnego toru.

Odczuwasz jeszcze skutki upadku w Bydgoszczy?

Nie, na początku był szok, potężny dzwon, dlatego też nie dokończyłem tych zawodów. Na szczęście tym razem nie było „efektu drugiego dnia”, gdzie przeważnie czujemy się dużo gorzej, nie można wstać z łóżka, bo wszystko mocniej doskwiera. Tym razem kolejnego dnia samopoczucie było lepsze. Szczęście w tym całym nieszczęściu było takie, że dostałem „strzała” w tył i nie wiedziałem, co się dzieje. Przeważnie gdy zawodnik jest świadomy, że stanie się coś złego i dojdzie do upadku, to mimo tego, że trenujemy różne reakcje obronne, i tak nie da się przed wszystkim uchronić i skutki bywają nienajlepsze. W tym wypadku zrobiło się tylko nagle ciemno przed oczami, a wszystko skończyło się szczęśliwie.

Za nami FIM Speedway Grand Prix w Warszawie, oglądałeś? Komuś szczególnie kibicowałeś?

Oczywiście oglądaliśmy, jak tylko skończyliśmy trening to w samochodzie obejrzeliśmy pierwsze biegi, ale już od 3. gonitwy byliśmy w hotelu i wspólnie z chłopakami, z którymi trenowaliśmy kibicowaliśmy zarówno swoim kolegom z drużyny, jak i Polakom.

Trzymasz kciuki mocniej za kolegów z drużyny czy jednak za Polaków?

Wydaje mi się, że równie mocno, może ja, ze względu na to, że jestem zawodnikiem, to inaczej oglądam tego typu zawody, nie patrzę na żużel stricte kibicowsko, nie mam swoich faworytów. Tylko jeśli chodzi o drużyny, to oczywiście najmocniej dopinguje swojej, ale z uwagi na to, że znamy się ze wszystkimi chłopakami, to każdemu w zawodach indywidualnych dobrze życzę. Dlatego ja podchodzę do tego bardziej na chłodno, więc gdy dany zawodnik wygra nie skaczę z emocji, już bardziej jak widzę takie wyścigi jak ten z udziałem Emila Sayfutdinova w Częstochowie (bieg 12., dop.red.), czy Martina Vaculika w Zielonej Górze (bieg 15., dop.red.). Wtedy się emocjonuję bo podziwiam, zazdroszczę i chciałbym skopiować taki wyczyn.

Jaka była w takim razie twoja reakcja po tej niesamowitej szarży Emila. Pojawiła się myśl „ja też tak chcę”?

Powtórzenie czegoś podobnego zależy od dużej ilości czynników. Wielki szacunek dla Emila za to co zrobił, oglądaliśmy to wszyscy w warsztacie i jak zaczęliśmy równocześnie krzyczeć z wrażenia, to był jeden wielki wrzask! Jak to zobaczyliśmy, to łapaliśmy się za głowy, naprawdę świetny wyścig i świetna klasa zawodnika.

Alicja Labrenc