Jakub Jamróg: Widocznie sztab potencjał widział w kimś innym, nie we mnie

Fot. Wojciech Tarchalski
Fot. Wojciech Tarchalski

W pierwszym meczu finałowym BETARD Sparta Wrocław przegrała, u siebie z FOGO Unią Leszno 43:47. Tylko dwa razy na torze pojawił się Jakub Jamróg, zdobywca 3 punktów. Zawodnik, w rozmowie ze speedwayekstraliga.pl, opowiedział o swoich odczuciach na temat tego spotkania, pierwszym sezonie spędzonym we Wrocławiu, jak i macierzystym klubie z Tarnowa, również przez pryzmat swoich szkolnych lat.

Alicja Labrenc: Przegrywacie z FOGO Unią Leszno 43:47. Jak oceniłbyś to spotkanie? 

Jakub Jamróg: Oczywiście liczyliśmy na wygraną, więc jest trochę smutno, ale przyjechała piekielnie silna drużyna. Gratulujemy przeciwnikom, nie będziemy jednak spuszczać głowy, tylko postaramy się o jak najlepszy wynik w meczu rewanżowym.

Byłeś rozczarowany, że pojawiłeś się na torze tylko dwa razy?

Na pewno złość sportowa jest i tu nie ma co ukrywać. Chyba byłoby ze mną coś nie w porządku, gdybym się uśmiechnął po takiej decyzji. Aczkolwiek jest to decyzja sztabu szkoleniowego i tyle, muszę to uszanować. Liczy się przede wszystkim dobro drużyny. Widocznie sztab potencjał widział w kimś innym, nie we mnie.

Czy da się porównać emocje, które towarzyszą walce o utrzymanie, z którą miałeś do czynienia w ubiegłym sezonie z Unią Tarnów, a tymi teraz podczas finałów?

Nie, finał jest nieporównywalnie cięższy. Od utrzymania nie zależą dwa mecze, tylko cały sezon, troszeczkę inaczej się to rozkłada. Teraz natomiast cały sezon jest niczym zwinięta kartka, wyrzucona do kosza i dwa ostatnie mecze decydują, tak naprawdę, o wszystkim. Na pewno jest to dużo większy ciężar gatunkowy jechać w finale.

Masz jakiś szczególny plan przygotowawczy przed meczem rewanżowym w Lesznie?

Cóż mogę zrobić więcej, niż do tej pory… na K2 nie wbiegnę. To wszystko musi dziać się tak, jak się dzieje. Zbędna panika, zbędne mieszanie, to zawsze działa na niekorzyść i może tylko pójść w odwrotną stronę. Także będziemy przygotowywać się tak, jak do tej pory.

Masz czas kibicować Unii Tarnów, zaszczepić tym samym zainteresowanie żużlem synowi? 

Jeśli chodzi o mojego syna, to broń Boże nie namawiam go do żużla, on musiałby bardzo sam chcieć, a na razie jest to dwuletnie dziecko, niech się cieszy dzieciństwem. Do stadionu mam 5-6 kilometrów, więc jak się chłopaki tłuką w mieście tymi motorami, to wiadomo, że siłą rzeczy, ciągnie wilka do lasu i się podejdzie popatrzeć. Jak najbardziej kibicuję im, jest to mój macierzysty klub, mieszkam tam, utrzymuję kontakt z ludźmi związanymi z klubem, działaczami, więc szkoda, że nie udało im się awansować do finału, ale myślę, że i tak fajny wynik zrobili.

Zapytam w takim razie nieco przewrotnie. Myślisz, że z tobą w składzie awansowaliby do finału? 

Ciężko powiedzieć, chłopaki też super jechali i przywozili ważne punkty, może byłoby gorzej a może lepiej, teraz nie da się tego sprawdzić. Nie można wrzucić do komputera i w symulacji zobaczyć, co by było gdyby. To byłoby zbyt łatwe, a w żużlu właśnie to jest fajne, ta nieprzewidywalność, także teraz trudno to ocenić. Myślę jednak, że naprawdę wykonali dobrą robotę.

Przed nami Gala PGE Ekstraligi. Jesteś trochę zaskoczony powtórną nominacją w kategorii Niespodzianka Sezonu?

Szczerze mówiąc to jestem zaskoczony. Nie myślałem, że drugi raz można dostać, w takiej akurat kategorii, nominację. Aczkolwiek cieszę się, że ją otrzymałem, dziękuję bardzo osobom, które o tym decydują.

Jak podsumowałbyś swój pierwszy sezon w barwach BETARD Sparty Wrocław? 

Na pewno jest zupełnie inaczej, niż na początku, teraz umiem już się swobodnie poruszać po mieście, po stadionie, a co najważniejsze po torze. Także jak najbardziej wszystko mi tu pasuje, świetny klub, zawodnicy, więc myślę, że w takiej drużynie można tylko piąć się w górę, a o to w tym chodzi.

W związku z nowym rokiem szkolnym pytam wszystkich o wspomnienia z tego okresu, jakie są twoje?

Ojej…. to trochę dziwne, jak najbardziej miło, ale jak czasami człowiek sobie przypomni, jakie ma problemy obecnie, a jakie – w cudzysłowie – problemy miał w szkole, to się śmieje. Czasami chciałoby się, żeby ten czas beztroski wrócił, ale ja nigdy nie byłem jakimś zagorzałym „szkolniakiem”. Frekwencja zawsze była u mnie na poziomie kilkudziesięciu procent, bez szaleństwa. Minimum zawsze spełniałem. Na dodatek szkoła znajdowała się ok. 600 metrów od stadionu, więc jak tylko słyszałem ryk motocykli, to już czekałem do dzwonka i mnie w szkole nie było (śmiech). Dużo było w tamtym czasie takiej beztroski, śmiania, nauka wiadomo też była, ale ogólnie pozytywnie.

Na koniec w takim razie – czego może nauczyć żużel? 

Ojej, życia….żużel naprawdę uczy życia. Myślę, że mnie też nauczył. Jak ja patrzę nieraz na swoich rówieśników to mam wiele rzeczy inaczej poukładanych, niż oni. Czy lepiej, czy gorzej, to nie o to chodzi, ale ten sport uczy takiej mega samodzielności. Dodam, że „w żużel” wszedłem praktycznie sam. Także w bardzo młodym wieku stawałem przed ważnymi decyzjami, organizacją wyjazdów za granicę, musiałem to wszystko ogarnąć logistycznie i nie tylko. Ten sport uczy także pokory, naprawdę to takie wojsko, nawet chyba coś więcej, niż wojsko dla faceta.

 

Alicja Labrenc