Tai Woffinden: Obraliśmy właściwy kierunek (wywiad)

Fot. Wojciech Tarchalski
Fot. Wojciech Tarchalski

Wrocławianie od trzeciej serii uciekli gościom z Zielonej Góry i już przed biegami nominowanymi byli pewni udziału w Wielkim Finale PGE Ekstraligi. Spora w tym zasługa Taia Woffindena, który był absolutnie nieuchwytny dla swoich rywali. 14 punktów i bonus – to dorobek aktualnego Indywidualnego Mistrza Świata. 28-latek, który w starciach ze STELMET Falubazem Zielona Góra nie stracił w tym sezonie nawet punktu ze swoimi rywalami, specjalnie dla speedwayekstraliga.pl opowiedział o meczu, swoim zdrowiu i nadziejach przed finałem.

Błażej Kowol: Przede wszystkim gratulacje, to był znakomity występ. Wszystko chyba wyszło tak, jak powinno?

Tai Woffinden: Tak, to był udany dzień. Tor był inny niż we wcześniejszych spotkaniach, co nie znaczy oczywiście, że gorszy. Chyba wszyscy zawodnicy czuli się na nim bardzo dobrze, ścigania nie brakowało – czego chcieć więcej? Byłoby świetnie, gdyby również w finale przygotowano go podobnie. Najważniejsze jednak, że zrobiliśmy to, co do nas należało. Jesteśmy w finale i to najważniejsze.

Jak bardzo różnił się tor od tego, jaki był przygotowany na ostatnie spotkanie rundy zasadniczej z FOGO Unią Leszno?

Był zupełnie inny. Inaczej przygotowany start, inne kąty – nawet na prostej było inaczej. Różniło się tak naprawdę wszystko.

No właśnie. Czasy były tak dobre, że było blisko rekordu toru…

Naprawdę? To bardzo interesujące i pokazuje, że było nieco bardziej przyczepnie. Pamiętajmy jednak, że dla każdego był dokładnie taki sam.

Czy pogoda była istotnym czynnikiem w przebiegu tego spotkania?

Nie, dlaczego miałaby być? W końcu warunki są takie same dla wszystkich. Nikt nie zyskuje przewagi, nikt nie traci. Trzeba po prostu to zaakceptować.

Już w piątek finałowe spotkanie z aktualnym mistrzem, FOGO Unią Leszno. Jakiego toru możemy się wówczas spodziewać?

Trudno powiedzieć, bo to osoby odpowiedzialne za ten tor będą go przygotowywać i wiele może się zmienić. Tym razem mieliśmy świetny przykład, że robiąc go w taki sposób, kibic może otrzymać dużo dobrego ścigania.

Czy rewanżowe spotkania lepiej jeździć na własnym torze?

Nie ma to znaczenia. Po prostu trzeba wygrywać wysoko na własnym torze, niezależnie od okoliczności i powtarzać to przy każdym spotkaniu. Teraz najfajniejsze jest to, że zmierzą się ze sobą dwie najlepsze drużyny i będzie – mam nadzieję – świetne widowisko.

Muszę zapytać o twoje zdrowie. Czy wszystko jest już w jak najlepszym w porządku?

Czuje się świetnie. Gdy wracałem do ścigania we Wrocławiu i w Grand Prix, byłem całkowicie zdrowy i tak jest też teraz.

No właśnie, Grand Prix w Vojens było dla ciebie całkiem udane. To dobry znak przed dwoma ostatnimi rundami?

To sygnał, że obraliśmy właściwy kierunek. To naprawdę ważne, zwłaszcza że w garażu cały czas staramy się znaleźć to, co najlepsze. Mamy wciąż parę rzeczy do przetestowania w ciągu tygodnia i na pewno będziemy to uskuteczniać. Liczę na to, że wrócę na swoje miejsce w Grand Prix.

Tli się w tobie iskierka nadziei na awans do czołowej ósemki, gwarantującej udział w Grand Prix w przyszłym roku?

Nie, nie łudzę się – nie mam już na to szans.

Czy w takim razie liczysz na otrzymanie stałej Dzikiej Karty od organizatorów?

Nie oczekuję niczego. Jeśli organizatorzy uznają, że zasłużyłem na Dziką Kartę – super. A jeśli nie, to mogę być po prostu dumny z tego co osiągnąłem w ciągu tych 5 lat, startując w Grand Prix od 2013 roku. Więc jeśli organizatorzy zechcą mnie w cyklu, to świetnie, ale jego brak nie będzie dla mnie końcem świata.

W tym sezonie zostały ci już Grand Prix i BETARD Sparta, ponieważ w Szwecji twój zespół zakończył już sezon. Dłuższa przerwa jest dla ciebie korzystna?

Dobrze czuje się w obecnym układzie. Podczas play-offów w Szwecji nie byłem w domu przez 2,5 tygodnia. To zdecydowanie za długo. Grafik żużlowca jest często mocno napięty – wiele lotów, wiele hoteli. W przyszłym roku planuje nieco zmniejszyć te obciążenia i ścigania będzie mniej.

Błażej Kowol
Fot. Wojciech Tarchalski