Powiew normalności we Wrocławiu niczym powrót do przeszłości

Fot. Ewelina Włoch

Małymi krokami zbliżamy się do powrotu do względnej normalności również na stadionach. Koronawirus sprawił, że cieszyliśmy się nawet z małych oznak żużlowej codzienności. Najpierw z: 1/4 kibiców na stadionach, następnie zniesienia obowiązku noszenia maseczek na trybunach, a nawet z możliwości zobaczenia podczas wywiadów w telewizji znajomych, a nie zamaskowanych twarzy zawodników.

Już jadąc na mecz BETARD SPARTA Wrocław MOTOR Lublin można było zauważyć znaczącą różnicę. Trudność z wjazdem na parking i znalezieniem większej ilości wolnego miejsca, mogła zapowiadać tylko jedno – będą tłumy! Żółto-czerwone, ale również żółto-biało-niebieskie barwy były wszędzie, ciesząc oko każdego kto zdecydował się na pójście na mecz w ten wyjątkowy, ciepły, niedzielny wieczór.

Niezwykły, bo od 10. rundy wrócił kolejny niegdyś nieodłączny element meczu żużlowego, nie ukrywam, że przeze mnie długo wyczekiwany. Po 653 dniach na Stadionie Olimpijskim nie tylko rozbrzmiał sztandarowy już utwór Eye Of The Tiger, ale również wyjechali do prezentacji zawodnicy obu drużyn. Było jak kiedyś, tak jakby ten niemal dwuletni czas nie istniał. Radość kibiców i to, jak gorąco powitali swoich zawodników, mówi samo przez się. Zachwyt utrzymał się aż do pierwszego biegu, który cały stadion dumnie oglądał na stojąco, gdyby mógł obejrzałby zapewne tak wszystkie gonitwy tego dnia.

Nie tylko fanom czarnego sportu, ale również samym zawodnikom ewidentnie brakowało kontaktu, chociaż wciąż dalszego, niż bliższego. Wspominali o tym choćby w wywiadach podczas transmisji w nSport+, jak i dawali tego wyraz z większą niż zwykle euforią machając do kibiców, robiąc liczne rundki honorowe, kiedy tylko nadarzała się do tego okazja.

Przed inauguracyjnym biegiem, bo atmosfera wokół podobna do tego jakby był to pierwszy mecz w tym sezonie, kolejną słyszalną różnicą był powrót znajomego głosu Marty Dreczki, która znów podsumowywała wyniki kolejnych gonitw. Natomiast Jacek Dreczka mógł skupić się na przekazywaniu kolejnych ciekawostek i organizowaniu kibicom aktywności. Tym razem nie tylko stadion, ale również przerwy między kolejnymi biegami zostały bowiem zapełnione.

Podczas jednej z nich rozbrzmiał specjalnie skomponowany utwór dla dzielnej dziewczynki z Lublina pt. „Dla Niny”. Czterech kibiców zgarnęło wyjątkową nagrodę – album „Od A do Ż” podpisane przez Tomasza Golloba i Bartosza Zmarzlika. Zasada była jedna – jak najlepiej i ekspresyjnie się da kibicować swojej drużynie.

Kolejna przerwa upłynęła pod katem ciekawostki dla fanów nie tylko sportu, ale również kina. Już 16.07 w DCF odbędzie się specjalny, premierowy pokaz filmu „Żużel”.

Za sprawą wypełnionych, niemal po brzegi trybun, również doping mógł wrócić na stary, niesamowicie wysoki (również pod względem decybeli) poziom i zagospodarować czas oczekiwania na kolejne żużlowe emocje. Druga strona odpowiada, “Szkocja” brzmiały niesamowicie donośnie i radośnie, efekt nie do osiągnięcia, jeszcze do niedawna, przy mniejszej liczbie kibiców. Wreszcie można było zrobić słynną falę, do której ku uciesze wszystkich dołączył również sektor gości. Pięknie wyglądała żółto-czerwona fala fanów na końcu zamieniająca się w żółto- biało- niebieską za sprawą kibiców lubelskiego MOTORU. Nie można o nich w tym tekście nie wspomnieć, gdyż jak zawsze stanęli na wysokości zadania. Przygotowali własną oprawę, bawili się zgodnie z innymi, ale przede wszystkim wreszcie wypełnili ten pusty, smutny przez ostatnich kilka kolejek sektor gości na Olimpijskim.

Cieszę się, że akurat ten mecz mógł mieć tą wyjątkową oprawę, ale i atmosferę oraz większą liczbę kibiców zarówno ze względów czysto sportowych – jak również charytatywnych. Była to bowiem runda dla Niny Słupskiej, wolontariusze ubrani w specjalne, kropkowe koszulki, dzielnie zbierali podczas spotkania pieniądze do puszek, które wypełnione były po brzegi pod koniec meczu. Z uśmiechem na twarzy cieszyli się choćby z najmniejszej kwoty wrzuconej dla dzielnej wojowniczki. Opowiadali o tym np. że dziewczynka jest tego dnia na Stadionie z rodzicami. Co piękne po meczu część kibiców, wychodząc ze swoich sektorów i spotykając rodzinę Słupskich, nagrodziła ich brawami. Szczytna sprawa, która połączyła cały żużlowy świat. Mam nadzieję, że podczas całej tej rundy został zrobiony kolejny wielki krok w stronę zdrowia Ninki.

Oczywiście samo spotkanie, jego dramaturgia idealnie dopełniły obraz ciekawego, pełnego dobrej energii wśród kibiców, meczu. Mimo wypracowanej w trzech pierwszych biegach przewagi goście tuż przed końcem pierwszej serii odrobili straty i zbliżyli się do rywali na dwa punkty, powtarzając to w serii trzeciej. Była wojna nerwów przed biegiem 11., gdy taśmy dotknął Grigorij Laguta. Kibice gospodarzy cieszyli się, z teoretycznego ułatwienia zadania dla swoich ulubieńców aż do chwili, gdy okazało się, że zastąpi go świetnie spisujący się tego dnia Wiktor Lampart. Wkradła się wówczas większa niepewność, ale ostatecznie junior nie dał rady wywalczyć w tej gonitwie żadnych punktów. Zawsze w podobnych meczach dodatkowym „smaczkiem” są starcia między braćmi. Tym razem już na otwarcie pod taśmą spotkali się Artem i Grigorij Laguta. Górą tym razem był młodszy z braci, ale więcej okazji do wspólnego ścigania w tym meczu nie dostali.

Mimo, że przed biegami nominowanymi wrocławianie byli pewni zwycięstwa, wciąż sprawą otwartą pozostawała kwestia punktu bonusowego. Nie mogło być inaczej i decydującym okazał się wyścig 15.

Tradycją już jest, że bieg ten oglądany jest na stojąco i tak było tym razem. Jednak po jego rozpoczęciu zapanowała cisza, bo goście wyszli na 5:1, ale później wybuchła prawdziwa euforia, wywołana przez szarże Macieja Janowskiego. Przybliżyło to gospodarzy do zdobycia dodatkowego punktu w tabeli, ale mimo starań drugiego ze zawodników BETATD SPARTY, trochę zabrakło do pełni szczęścia. Po zakończonej gonitwie zarówno wrocławski kapitan, jak i Gleb Chugunov jeździli na jednym kole, wykonywali świecę na motocyklach, ciesząc swoich kibiców i dając dodatkowy pokaz swoich możliwości artystycznych.

Pod koniec meczu po raz pierwszy zawodnicy wyszli na tor, do swoich fanów, którzy licznie zostali na trybunach, chcąc im choćby z daleka podziękować. Jak się domyślam nie tylko za ten, ale również wszystkie dotychczasowe mecze.

Warto było tego dnia wybrać się na mecz żużlowy, który niemal przeniósł nas do przeszłości. Miejmy nadzieję, że tak już zostanie i o pandemicznej rzeczywistości zupełnie zapomnimy – i to na dobre.

Kiedy na stadionie znowu można było usłyszeć „muzykę” tworzoną przez kibiców łzy radości same cisnęły się do oczu, a ciarki przechodziły po ciele. Wreszcie można było przypomnieć sobie, jak było kiedy stało się… inaczej i czego nam tak bardzo brakowało. Pisząc ten tekst zza okna dochodzą do mnie odgłosy treningu żużlowców i już nie mogę się doczekać kolejnych emocji podczas domowego meczu, z ELTROX WŁÓKNIARZEM Częstochowa, na który czekać trzeba będzie aż do 25.07.

Tydzień później natomiast prawdziwe, dwudniowe święto żużla czyli Betard Wrocław FIM Speedway Grand Prix, na którym zapewne emocje i atmosfera będą niemniej przejmujące.

 

Alicja Labrenc