Czas nas uczy pogody

Fot. Wojciech Tarchalski
Fot. Wojciech Tarchalski

Mecz między BETARD Spartą Wrocław a MRGARDEN GKM Grudziądz przez krótką, ale intensywną ulewę rozpoczął się z opóźnieniem. W rezultacie byliśmy świadkami małej liczby mijanek, ale za to dużej liczby rekordów toru. Trudno oprzeć się wrażeniu, że czasy pandemii niejako nauczyły nas cierpliwości i większej wyrozumiałości. Jakie reakcje wokół przygotowania toru, decyzji i samego przebiegu spotkania wywołał ten mecz?

Gdyby jeszcze w zeszłym sezonie kibice usłyszeli, że przyjdzie im czekać ponad godzinę na rozpoczęcie meczu, w mniejszości byliby ci, którzy przyjęliby tę informację ze zrozumieniem. Nie bez znaczenia byłaby presja tłumu, pewna forma konformizmu przejawiająca się tym, że niejako głośne okrzyki niezadowolenia wywołują na nas poczucie dyskomfortu i spadek tolerancji na nieoczekiwane zwroty akcji.

W przypadku 25% kibiców na trybunach ten efekt, na szczęście, raczej nie ma prawa zadziałać. Tym samym jedni przyszli na stadion tuż przed 21:30 dowiadując się z mediów o opóźnieniu, inni wiernie czekali na miejscu. Oczywiście były pojedyncze głosy niezadowolenia, ale nie tak donośne jakbyśmy mogli przewidywać. Przynajmniej wśród bezpośrednich uczestników tego spotkania.

Jeszcze nie urodził się taki, który by wszystkim dogodził. Mnie najbliżej do tego, że nic gorzej nie wpływa na promowanie sportu, jak odwołanie zawodów. Nie chodzi o to, aby każde, za wszelką cenę były „odjechane”, bo są sytuacje, na które nawet najlepsze chęci nie ma siły. Jednak jeśli jest szansa na uratowanie, w tym wypadku, toru, zróbmy to. Jeśli jest możliwość szybkiej oceny i realizacji planu ratunkowego, podejmijmy ją jak najszybciej. W tym aspekcie myślę, że na przestrzeni lat każdy odczuwa różnicę, bo i tym razem decyzja został podjęta sprawnie. Publiczność natomiast na bieżąco była informowana o losach spotkania. Sprzyjała temu pogoda, dostępne środki i udało się. Ktoś mówi „odjechali ten mecz i… tyle”. Ile było takich spotkań, które wcale nie z powodu deszczu były jazdą gęsiego i nawet nie w ligowych a międzynarodowych zawodach? Dlatego nie jest dla mnie argumentem fakt, że w tym meczu było mniej mijanek i zabija się w ten sposób ducha sportu żużlowego. Wspaniale byłoby gdyby każdy mecz bił rekordy, ale mijanek. We Wrocławiu często tak bywało, tym razem bite były inne rekordy. Kiedyś dużo bardziej doceniane, bo zawodnicy zostawali za nie dodatkowo nagradzani finansowo. Teraz niejako odeszły z zapomnienie, rzadko rywalizacja sprzyja ich poprawianiu.

Popatrzmy na sytuacje, więc z nieco innej perspektywy. Mecz zostaje przełożony na sobotę, brakuje w nim tym samym Chrisa Holdera po stronie gospodarzy. Przekładamy na inny dzień, składy pozostają bez zmian nagle pogoda znów nas zaskakuje. Jeśli nie opady to np. samo przygotowanie toru sprawia, że widowisko jest jednostronne, mało mijanek, mecz i tak „odjechano” i …. tyle. Mecz odbywa się w ciągu tygodnia i dużo mniej kibiców jest w stanie przyjść na stadion. Mnożyć można przykładów po jednej i drugiej stronie. Wierzę, jednak w to, że podjęto najlepszą, na tamten czas decyzję. Gdyby roztrząsać ją za każdym razem, brać pod uwagę wszystkie za i przeciw, mało, które zagrożone mecze by się zapewne odbyły.

Ten sezon pokazał nam, już co najmniej dwukrotnie, że na pozór nie nadające się do jazdy warunki torowe pozwalają na wyrównaną walkę. Ktoś powie kiedyś to był „standard”, ale niezaprzeczalnie lepiej, że teraz są komisarze, którzy mają na uwadze bezpieczeństwo i „równe” przygotowanie toru do zawodów. Lepiej, żeby pod pewnymi względami te dawne czasy jednak nie wracały i nie świeciły przykładem. Dochodzimy tu do kwestii niejednokrotnie kluczowej- podejścia samych zawodników do zastanych warunków. Żużlowcy w wywiadach, w trakcie tego spotkania, sami przyznawali, że w Polsce dawno nie jechali w podobnych warunkach, ale ogólnie to dość często im się to zdarza. Czy jest trudniej, naturalnie, czy nie każdy może poradzić sobie z tak technicznymi wymogami na pewno. Warunki do najłatwiejszych nie należały, bywało jednak, że próbowano jeździć na bardzo śliskim torze, co kończyło się upadkami, niekontrolowanymi sytuacjami. Wychodzę z założenia, że gdyby wrocławski tor w meczu między miejscową BETARD Spartą a MRGARDEN GKM Grudziądz sprzyjał podobnym incydentom, drużyny zgłosiłyby to, a nawet sam sędzia podjął decyzje o przełożeniu meczu.

Już na próbie toru można było rozpoznać jak obie ekipy go oceniają. Podczas pierwszej serii dwie pary ostrożnie, ale pewnie przemierzały kolejne okrążenia. W drugiej gospodarze przywitali już publiczność wjeżdżając na niego na jednym kole. Dali tym samym wyraz swojej aprobaty dla stanu nawierzchni, który był na tyle bezpieczny, aby ten manewr wykonać. U gości Krzysztof Buczkowski, oceniając po jego jeździe, próbował uzyskać jak najwięcej informacji o torze, aby później móc przekazać je w teamie. Natomiast Nicki Pedersen szybko zrezygnował z dalszej jazdy, najprawdopodobniej przez defekt, jego postawa w meczu wyglądała zresztą podobnie. Nie było jednak zbędnych gestów dezaprobaty, kręcenia głową i podobnych. Jeśli tor rzeczywiście nie nadaje się do jazdy oczywiście, że nie można ryzykować życia i zdrowia. Jeśli jednak jest szansa i udaje się odjechać zawody cało i zdrowo, sprawa zasadności decyzji o losach meczu jest dla mnie oczywista.

Łatwo jest oceniać, czy tor jest bezpieczny do jazdy, czy dało się odjechać spotkanie lub przygotować tor lepiej patrząc na wszystko z trybun lub kanapy. To, co kluczowe to fakt, że zarówno w Zielonej Górze, tak podczas meczu z MRGARDEN GKM-em spróbowano odjechać wszystkie wyścigi i udało się cało oraz zdrowo je dokończyć. Warunki były wymagające, ale to była świetna okazja do sprawdzenia umiejętności technicznych zawodników. Jak pamiętamy Artem Laguta w tym spotkaniu nie był już tak bezbłędny, jak we wcześniejszych. Sam przyznał, że na takim torze trzeba mieć pewne umiejętności, aby dobrze się ścigać. Nie było jednak żadnych pretensji, myślę, że z takim podejściem łatwiej kolekcjonować kolejne doświadczenia i doskonalić swoją jazdę. Nie chcielibyśmy, aby za każdym razem lub za często było trzeba wybierać między widowiskiem a rozegraniem spotkania. Również nie o to chodzi, aby żużlowców „zmuszać” do jazdy w niesprzyjających warunkach. Za łatwo jednak zapomina się, że jest to sport motorowy, rządzi się pewnymi prawami i bywa, że musi być trochę bardziej brudno czy trudno niż zwykle.

We Wrocławiu mieliśmy nieco inną zależność. Mecz odbył się już zupełnie po opadach atmosferycznych. Przemoczony na początku tor za sprawą ciepłego wiatru, szybko się osuszył, nawet szybciej niż rozlany na trybunach napój. Do tego włożona w przygotowanie toru praca osób funkcyjnych, wolontariuszy, pracowników, ciężki sprzęt i w rezultacie mamy 6 razy pobity rekord toru. Ostateczny, należący obecnie do Macieja Janowskiego, to 60,20 i został ustanowiony w 11. biegu. Co ciekawe rekordy poszczególnych drużyn PGE Ekstraligi pochodzą z: 2020 (Grudziądz), 2019 (Lublin), 2017 (dotychczas Wrocław oraz Rybnik) 2015 (Częstochowa), 2013 (Leszno i Zielona Góra) oraz 2012 (Gorzów). Można by, więc rozdzielić ilość z ostatniego meczu na Olimpijskim pomiędzy wszystkie kluby, poza dwoma, które poprawiły go w tym roku, na przestrzeni ostatnich 8 lat.

Również w tym sezonie został pobity rekord na torze w Grudziądzu. Nie bez znaczenia jest zmiana jego geometrii, ma nową długość i mierzy 355 metrów (dotychczas było to 379 metrów), a szerokości po przebudowie wynoszą 10,5 m (na prostych) i 16,8 m (na łukach). Dotychczas wynosiły one odpowiednio 11 oraz 17 metrów. Wcześniej, przy Hallera rekord toru należał do Maksima Bogdanovsa, który, w 2009 roku, ustanowił czas 64,41. Jest to jednak naturalne, że przebudowa toru zmienia najszybszy czas potrzebny na jego pokonanie. We Wrocławiu natomiast „wystarczył deszcz”.

Jeśli natomiast chodzi o wielokrotne bicie rekordu toru w jednym meczu, znalazłam informacje o poprawieniu go 5 razy w ciągu jednego spotkania. Był to mecz między ówczesnym Stelmet Falubazem Zielona Góra a Unibaxem Toruń, dokładnie 03.04.2011. Pierwszy raz poprawiono go w biegu juniorskim, później w drugiej gonitwie a kolejny raz odpowiednio w biegach: 4, 6 i ostatecznie w 7 przez Chrisa Holdera. Pokazuje to, że sytuacja, której byliśmy ostatnio świadkami, jak na moje oko, jest bez precedensu.

Osobiście uważam, że warto było poczekać na mecz między BETARD Spartą a MRGARDEN GKM-em. Decyzja jaka by nie była skłaniać będzie do przemyśleń, może i jakiś konkluzji, również regulaminowych. Jeśli będą one sprzyjały myślę, że wszyscy będziemy „za”.

Oczywiście można szukać negatywów w postaci mniejszej ilości mijanek (jak podaje gurustats.pl brak dwucyfrowej liczby mijanek od czasu zmiany toru we Wrocławiu). Wiemy jednak, że tor uprawniający do takich widowisk to zgoła inny bo „twardy” natomiast namoczony, czy też „pod koło” pozwala na śrubowanie rekordów. Przy czym zależność mówiąca o tym, że można je poprawiać co najwyżej w początkowej fazie zawodów nie znalazła tym razem zastosowania. Wszystkie biegi (poza 3.) zostały pokonane w czasie szybszym niż wcześniejszy, z roku 2017, rekord Maksyma Drabika, który wynosił 60,95 . Co więcej ostatnia gonitwa tego meczu była tylko o 0,01 wolniejsza od nowego rekordu Macieja Janowskiego.

Jeśli chodzi o samą atmosferę na trybunach. Również kibice mogli poprawiać swoje kolejne rekordy, np. noszenia maseczki, czy spędzenia czasu na meczu. Większość na spotkanie wyjechała w piątek, a wróciła już w sobotę, po północy, mimo, że był to mecz domowy. Mimo to delikatne zniecierpliwienie pojawiło się tylko tuż po próbie toru oraz w trakcie dłuższej przerwy, po 7. gonitwie. Trudno się jednak dziwić, biorąc pod uwagę piątkową porę. Jednak kosmetyka nie przedłużała się nieturlanie długo i reszta spotkania przebiegła sprawnie. Radośnie pozdrowił kibiców, jak to ma w zwyczaju, kierowca polewaczki, trąbiąc do zgromadzonych na trybunach. To małe rzeczy, które cieszą, i pokazują jak mało trzeba, żeby kibic się na chwilę uśmiechnął. Może co niektórych klakson nawet rozbudził lub obudził, skoro zdaniem, niektórych „tak mało” się w tym spotkaniu działo.

Kolejną radość, w związku z koniecznością odbycia dodatkowego obchodu toru przez obie ekipy, była możliwość powitania żużlowców przez kibiców. Akurat wyszli oni na tor w czasie trwania wirtualnej prezentacji. Znowu powiało starymi, dobrymi czasami, bo mogliśmy nagrodzić głównych aktorów tego spotkania, na żywo, brawami. Gdyby nie ta ulewa, przeszliby by zapewne przy małej liczbie osób lub nawet ich braku na trybunach.

Łatwiej szukać jasnych stron, gdy kibicuje się jednej ze stron i ona wygrywa, czy po prostu jedzie w tym meczu, bo emocje są wówczas wpisane w to spotkanie niezależnie od warunków. Przyznać jednak trzeba, że czas oczekiwania, w naszym przypadku ponad dwugodzinny, jakoś minął, to jednak w małym stopniu był urozmaicony. Głośna muzyka i co jakiś czas rzut oka na telebim oraz prace prowadzone na torze, to trochę mało angażujące zajęcia. Nie można organizować konkurów, z nagrodami w bezpośrednim kontakcie z publicznością. Jednak w dzisiejszych czasach to żadna przeszkoda, do tego, aby jednak zapewnić jakieś atrakcje. Myślę, że warto by było, aby każdy klub zaopatrzył się w plan B. Można przygotować zagadki, przeczytać je lub wyświetlić, a fani żużla mogą słać odpowiedzi przez social media, aplikacje lub po prostu każdy odpowiada „sobie” i liczy punkty. Jakieś ciekawostki, wspomnienia. Można by pomyśleć nad efektywniejszym wykorzystaniem czasu oczekiwania, również przed zawodami, czy w przerwie. To spotkanie tylko „uwydatniło” tą kwestię i może dzięki temu zostanie „poprawiona”?

Tym samym, po raz kolejny potwierdziła się teza, że we wszystkich sytuacjach trzeba szukać pozytywów. Ten sezon uczy nas nie tylko pogody, rozumianego jako zjawisko atmosferyczne, które albo bezbłędnie udało się przewidzieć i przełożyć spotkania lub niezależnie od wystąpienia opadów odjechać. To przede wszystkim nauka pogody ducha. Doceniamy to, że możemy chodzić na mecze, że są sposoby, aby tor przygotować i sprzyja on czemuś więcej niż walce o utrzymanie na motorze. Miejmy tylko nadzieję, że te wnioski wyciągniemy już na dobre i pewna doza optymizmu zostanie z nami już na kolejne lata.

 

 

Alicja Labrenc