Buczkowski: Wszystko tak naprawdę jest w naszych rękach (wywiad)

Fot. Wojciech Tarchalski
Fot. Wojciech Tarchalski

Kapitan grudziądzan, Krzysztof Buczkowski, był jednym z głównych aktorów widowiska w początkowej fazie zawodów. Wszystko przez bieg numer 3, gdy najpierw za jego plecami kolega z pary, Przemysław Pawlicki mocno sponiewierał motocykl Vaclava Milika, przez co został wykluczony. W powtórce to sam popularny „Buczek” nie utrzymał się na motocyklu, przez co jego sprzęt znalazł się pod kołami Maxa Fricke’a, który również znalazł się na ziemi. Wrocławianie ostatecznie wygrali ten bieg 5:0, a Polak mógł sobie pluć w brodę. Zwłaszcza, że w dalszej fazie zawodów udało się wyszarpać raptem 3 „oczka”. O wrażeniach artystycznych, bólu i aspiracjach Buczkowski opowiedział specjalnie dla speedwayekstraliga.pl.

Błażej Kowol: Frustrujący dzień dla was. Wydawało się, że punkt bonusowy macie już w garści, a BETARD Sparta w końcówce sprawiła wam niezłego psikusa.

Krzysztof Buczkowski: Niestety wszystko nam się posypało w tych dwóch ostatnich biegach, ale też wcześniej straciliśmy ważne punkty, jak w tym felernym trzecim biegu. Mówi się trudno, wrocławianie byli od nas lepsi, wykorzystując nasze mankamenty, których nam nie udało się w pełni wyeliminować.

No właśnie, chciałbym poznać twoje zdanie na temat biegu numer trzy i tego, co wydarzyło się w jego pierwszym, jak i drugim podejściu. Czy ze zdrowiem wszystko w porządku?

Tak, nie odczuwam dolegliwości i czuje się dobrze. A decyzja sędziego była stanowcza, nie zastanawiał się zbyt długo, więc chyba trzeba uznać, że była ona słuszna. Choć muszę przyznać, że powtórki nie były jednoznaczne, kamery nie były w tej sytuacji ulokowane idealnie.

Oglądając jednak powtórki wydawało się, że nie doszło do kontaktu pomiędzy Vaclavem Milikiem a tobą.

No cóż, sędzia ma zawsze rację. To już jest za nami, a ja mogę mieć tylko nadzieję, że więcej takich sytuacji na torze nie będzie.

Wiele mówiło się w ostatnim czasie na temat wrocławskiego toru, który tym razem został nieco inaczej przygotowany. Jak ty oceniasz wrocławski owal?

Tor był ogólnie rzecz biorąc bardzo dobry. Mając na uwadze opady deszczu w trakcie zawodów, jego stan trzeba ocenić na naprawdę niezły. Choć oczywiście my, jako zespół, mogliśmy te warunki pogodowe wykorzystać lepiej. Do biegów nominowanych wyglądało to nieźle, ale potem stało się jak się stało.

Czy notatki i wnioski z jazdy podczas memoriału Tomasza Jędrzejaka, a później także i próby toru na coś się przydały? Czy ustawienia i plan na to spotkanie były już wcześniej ustalone?

Po wyniku można powiedzieć, że nie za bardzo mi to pomogło, ale też moja jazda była lepsza, niż wskazuje na to liczba punktów. Szkoda zwłaszcza tego pierwszego wyścigu, bo prowadziłem w nim całkiem pewnie, a koniec końców w powtórce zostałem wykluczony. Trzeba więc powiedzieć, że te przełożenia nie były adekwatne. Pogoda, jak i sam tor w marcu były zupełnie inne, co wpłynęło oczywiście na przygotowanie do zawodów. Częsta jazda pomaga w odpowiednim złapaniu kątów, ale ustawienia sprzętu są jednak diametralnie inne.

Czy ten stracony punkt bonusowy może okazać się kluczowy dla losów MRGARDEN GKM-u Grudziądza w kontekście walki o play-offy czy też trzecią pozycję w tabeli?

Oby nie! Na dobrą sprawę wszystko zależy od nas. Sytuacja w tabeli jest całkiem dobra, mamy dwa mecze u siebie – wszystko tak naprawdę jest w naszych rękach. Nie musimy patrzeć się na nikogo. Jesteśmy w komfortowym położeniu i musimy to odpowiednio wykorzystać.

Teoretycznie mieliśmy miesięczną przerwę od PGE Ekstraligi, lecz dla żużlowców nie było chyba zbyt wiele czasu na wypoczynek. Jak Krzysztof Buczkowski spędził ostatni miesiąc?

Musieliśmy troszkę odpocząć, to fakt. Ale też przerwa zaczęła się w pewnym momencie dłużyć. Z jednej strony było sporo treningów, a z drugiej brakowało w nich nieco rywalizacji. Dopiero w czwartek w Ostrowie mieliśmy szansę spróbować się w bliższych meczowi warunkach. Co prawda mój wynik nie napawa zbyt dużym optymizmem, to jednak na regularnej jeździe w tym momencie zależy mi najbardziej. Wszystko po to, aby wrócić do dobrej dyspozycji.

Chciałbym na sekundkę powrócić do historycznego zwycięstwa w Toruniu. Jako kapitan musiałeś odczuwać wielką dumę, ale czy nie pojawiła się nutka rozczarowania, że na kolejne emocje w PGE Ekstralidze musicie czekać tak długo?

Trzeba spojrzeć na to nieco szerzej i przyznać, że dla drużyny ta przerwa była jednak stratą, bo naprawdę jechaliśmy dobrze jako zespół. Dla mnie niekoniecznie był to dobry okres, wręcz rozczarowujący. Wpłynęło na to wiele czynników, a teraz robię wszystko co w mojej mocy, aby się odbudować. Staram się trenować i robię wszystko, aby forma wróciła. Mam nadzieję, że to wszystko zaskoczy i w kluczowym momencie sezonu moja dyspozycja będzie optymalna.

W zasadzie przez cały sezon jeździsz w parze z Przemysławem Pawlickim. Czasami po prostu z innymi numerami. Jak jeździ się z nim w duecie i czy udało się wypracować już pewne automatyzmy?

Można powiedzieć, że wszystko działało jak należy, aż do tego spotkania. Zdobyliśmy razem wiele punktów, jako para byliśmy w statystykach na plusie. Przez wynik w spotkaniu z BETARD Spartą ta średnia nieco zmalała, ale ogólnie rzecz biorąc jeździmy razem całkiem dobrze i zdobywamy punkty, które pozwalają nam wygrywać mecze.

Za nami 11. kolejka sezonu, do końca zostały 3 mecze. Jak podsumowałbyś dotychczasowe osiągnięcia? Twoja średnia ze wszystkich zawodników PGE Ekstraligi uległa największej poprawie w stosunku do poprzedniego sezonu…

To prawda, ale ta średnia została wykręcona w początkowej fazie sezonu, zanim zaczęły mi dokuczać urazy spowodowane wypadkami. Trzeba być czujnym, to na pewno. Zawsze interesowały mnie statystyki i często na nie patrzyłem, ale teraz zależy mi przede wszystkim na tym, aby robić swoje. Liczy się tu i teraz, i każda zdobycz punktowa jest ważna. Ten sezon przypomina nieco sinusoidę – początek był naprawdę dobry, teraz jest nieco słabiej, ale wierzę, że uda się powrócić do wysokiej dyspozycji.

Muszę powrócić jeszcze do zawodów PGE IMME. W Gdańsku nic nie poszło po twojej myśli. Czy to pokłosie problemów zdrowotnych, sprzętowych, kiepska dyspozycja, kwestia toru czy może połączenie wszystkich tych elementów?

To był po prostu kiepski dzień. W osiągnięciu lepszego wyniku nie pomógł mi nawet najlepszy motocykl. Do Gdańska przyjechałem z marszu, byłem tydzień bez treningu, co od razu odbiło się na wyniku. Pierwsze biegi były na oswojenie z torem, potem udało się coś zdziałać, ale to zdecydowanie nie był mój dzień. 2 punkty i 16. miejsce – trudno rozmawia się o tak kiepskich meczach (śmiech).  Ale przyjmuję to na klatę i biorę za to odpowiedzialność. Pozostaje mieć nadzieję, że będzie tylko lepiej.

W analogicznym momencie ubiegłego sezonu walczyliście o utrzymanie, teraz jesteście w miejscu, które zagwarantowałoby wam play-offy. Czy to przyjście Kennetha Bjerre zmieniło tak wiele, czy to jednak zbyt proste postawienie sprawy?

Przyjście Kennetha okazało się dla nas niezwykle istotne. Również dlatego, że prezentuje on stałą, równą formę. W następnych meczach musimy jako zespół pokazać, że stać nas na jazdę na najwyższym poziomie. Tym razem nam nie wyszło, ale w następnym meczu, miejmy nadzieję, będzie lepiej.

Kolejne spotkanie ze STELMET Falubazem już w najbliższy weekend. Presja i wasze oczekiwania z każdą minutą rosną? Będzie to istotny mecz dla obu ekip.

Presja była, jest i będzie. Ja staram się jednak o tym nie myśleć. Teraz czeka mnie spotkanie w Rosji, tam będę miał okazję się rozjeździć, odjechać 6 biegów. Tego w tym momencie potrzebuję najbardziej.

 

Błażej Kowol