BETARD Sparty Wrocław: wszystko dobre, co się dobrze kończy (podsumowanie)

Fot. Wojciech Tarchalski
Fot. Wojciech Tarchalski

Za nami najbardziej nieprzewidywalny i pełen wyzwań sezon, również pozasportowych. BETARD Sparta zakończyła go z brązowym medalem, który śledząc ich losy w 2020 roku można śmiało określić wielkim osiągnięciem. Kto, mimo napotkanych po drodze trudności, zapisze starty w PGE Ekstralidze do udanych, a kto zupełnie się w nim pogubił przenalizowała w posezonowym podsumowaniu Alicja Labrenc.

Patrząc na sezon w wykonaniu większości klubów, można mówić o nim przez pryzmat nieoczekiwanych zwrotów akcji i niewykorzystanych szans. Nie inaczej było w przypadku BETARD Sparty Wrocław. Poszczególne mecze i ich okoliczności raz były opatrzone wielkim szczęściem, innym razem, szczególnie pod koniec, przypominały raczej rosyjską ruletkę i bardzo nieszczęśliwy zbieg okoliczności. Mimo tych przeciwności udało im się z nich wyjść obronną ręką i zdobyć upragniony medal DMP.

Długo czekaliśmy na rozpoczęcie zmagań żużlowych, a ich początek na Stadionie Olimpijskim był słodko-gorzki, gdyż inauguracyjny mecz odbył się bez publiczności. Wysoka wygrana nad Motorem Lublin chociaż trochę ten fakt zrekompensowała. Jednak kolejne kolejki upłynęły pod hasłem trudnych wyjazdowych starć (z pretendentami do medali – FOGO Unią Leszno i ELTORX Włókniarzem Częstochową), które wrocławianie wysoko przegrali. Upragnione spotkanie na własnym torze miało być łatwe i przyjemne, tymczasem starcie z RM SOLAR Falubazem Zielona Góra zakończyło się remisem.

Zarówno ten mecz, jak i następny z MRGARDEN GKM Grudziądz był zagrożony przez silne opady tuż przed rozpoczęciem obu spotkań. Utrudniło to gospodarzom walkę o ważne punkty. Warte zaznaczenia jest to, że żaden mecz na Stadionie Olimpijskim nie został w tym roku odwołany. Za każdym razem robiono wszystko, co tylko się da, żeby tor nadawał się do jazdy i za każdym razem kibice zgromadzeni na trybunach nie odchodzili z kwitkiem. Co więcej mecz MRGARDEN GKM upłynął pod znakiem bicia rekordów, bo aż sześć razy ustanawiano najszybszy czas obiektu.

Po niełatwych przeprawach, prawdziwym punktem zwrotnym była 9. runda i wygrana z FOGO Unią Leszno, która do tamtej pory była niepokonana. Był to mecz cios za cios, wyjątkowy, również ze względu na aż 11 wyścigów zakończonych wynikiem 5:1.

Jednak gdy wydawało się, że wszystko zaczyna się układać po myśli BETARD Sparty, po zremisowaniu u siebie z ELTROX Włókniarzem i przegraną z MOJE BEMRUDY Stalą, plany i marzenia o walce o medale zaczęły się oddalać i mocno komplikować. Po przegranej ze gorzowianami, dużym echem odbiły się słowa Woffindena, który mylnie założył, że brak zwycięstwa eliminuje ich z walki o play-off. Przy okazji kolejnych zmagań prostował to nieporozumienie. – Na samym początku chciałem przeprosić wszystkich kibiców za nieporozumienie. Wiele osób mówiło mi w ciągu ostatniego tygodnia, że jeśli nie wygramy u siebie z ELTROX Włókniarzem i w Gorzowie, to nie mamy szans na awans. Wiele osób to powtarzało, więc kiedy przegraliśmy powiedziałem, że przepraszam fanów, nie mamy szans na play-off. Po spotkaniu zdałem sobie jednak sprawę, że wciąż jesteśmy w grze, a to wręcz idealnie i walczymy dalej. Zawsze dajemy z siebie 110% – wyjaśnił Brytyjczyk.

Wypowiedź ta padła po rewanżowym meczu w Zielonej Górze, który po raz kolejny dodał skrzydeł żużlowcom z Dolnego Śląska. Chrisowi Holderowi wręcz dosłownie, bo najwięcej podczas meczu z RM SOLAR Falubaz Zielona Góra mówiło się o tym, że Australijczyk na spotkanie przyleciał helikopterem i odjechał dwa mecze jednego dnia. Co więcej, fruwał również na torze i zdobył 8 ważnych punktów, przy 49 całej drużyny.

– Ten mecz był również ważny w związku z budowaniem w drużynie woli walki i zmiany nastawienia po passie spotkań bez wygranych. Może nasza drużyna potrzebowała takiego zimnego prysznica, który nas obudzi. Szczerze mówiąc, jechaliśmy podczas tego spotkania z różnymi nastrojami, ale niewątpliwie zmotywowani. Widać było, że każdy jest skupiony, również po próbie toru chłopacy dobrze się czuli, więc cieszę się, że tak to się wszystko potoczyło – mówił po spotkaniu Maciej Janowski, kapitan wrocławskiej drużyny.

Wygrana z zielonogórzanami spowodowała, że dwie ostatnie rundy zasadnicze były kluczowe dla losów walki o medale. Ostatecznie wysoka wygrana z rybnickim PGG ROW-em i przegrane największych rywali, z Częstochowy i Lublina, otworzyły wrota do upragnionej fazy finałowej. Jednak to nie był koniec trudów BETARD Sparty Wrocław. Na najważniejsze rozstrzygnięcia sezonu wróciła gorsza passa zespołu. Musieli oni radzić sobie bez Maksyma Drabika, do tego na arcyważny mecz rewanżowy w fazie play-off z gorzowską MOJE BERMUDY Stalą żużlowcy zmagali się z wymagającym nie tylko rywalem, ale również torem. Na domiar złego kontuzji wtedy nabawił się Tai Woffinden. Kiedy wiadomo było, że wrocławianom pozostanie walka o brąz, wiele powodów do zadowolenia i argumentów za jego zdobyciem nie było.

– Nasza drużyna jest mocno podziurawiona, koniec sezonu dla Taia, Gleb ma problemy ze zdrowiem, nie mamy Maksyma, więc łatwo nie jest. Na pewno nie ma powodów do zadowolenia. Na pewno przez to, co działo się w naszej drużynie i jak się pokończyło, jest jakaś taka niemoc i niechęć ogólna do całej sytuacji, ale jest jak jest. Mamy przed sobą jeszcze mecz o trzecie miejsce, więc musimy się na niego teraz przygotować, a o tym zapomnieć – podsumował Janowski po tym feralnym spotkaniu.

Ostatni mecz, walka o brąz, brak Maksyma Drabika, brak Taia Woffindena, ale za to wielka nadzieja w sukces i powodzenie planu minimum. Po zakończeniu meczu wszyscy mogli po raz kolejny odetchnąć z ulgą i powiedzieć, że wszystko dobre, co się dobrze kończy. -Gdy popatrzymy na ten sezon w naszym wykonaniu, to trudniejsze mecze wychodziły nam lepiej, niż te potencjalnie łatwiejsze – zaznaczył Brytyjczyk.

Podczas najważniejszego meczu z RM SOLAR Falubazem (w rewanżowym meczu rundy finałowej PGE Ekstraligi), gospodarze rozpalili na nowo swój spartański płomień. Mimo nienajlepszego początku i końcówce sezonu, o której woleliby zapomnieć sięgnęli po upragniony, brązowy krążek DMP.

Jeśli chodzi o poszczególnych zawodników BETARD Sparty Wrocław, to połowa z nich zaskoczyła mile lub zrobiła swoje, a druga, przez część sezonu lub nawet cały, zaliczyła rozczarowujące rezultaty poniżej swoich możliwości. Bezapelacyjnie bohaterem i liderem można nazwać Macieja Janowskiego. Kapitan od początku sezonu był najsolidniejszym punktem zespołu. Na torze walczył o ważne punkty, jak również pomagał w ich zdobywaniu innym, poprzez popisową jazdę parą lub użyczanie sprzętu. Dbał o atmosferę w drużynie i był czujny na wszelkie spadki mobilizacji w szeregach wrocławian. Patrząc na jego pewność i profesjonalizm od początku sezonu, trochę trudno uwierzyć, że jego zmagania o medal IMŚ potoczyły się w taki, a nie inny sposób.

Nie zawodził również Tai Woffidnen, któremu nie było dane dokończyć sezonu w pełni zdrowia, ale jak zawsze nie wahał się, aby użyczyć sprzętu kolegom i służyć zarówno wsparciem swoich mechaników, jak i swoimi radami.

Świetny sezon, pierwszy raz w polskich barwach, zaliczył Gleb Chugunov. Na pewno była to wielka ulga dla wrocławskich sympatyków, po tym jak Maksym Drabik zakończył wiek młodzieżowca. – Najlepszą obroną jest wynik, więc będę się starał w ten sposób to rozegrać – powiedział junior.

Brakowało jednak doparowego, bo zarówno Przemysław Liszka jak i Michał Curzytek nie spisywali się zgodnie z oczekiwaniami. Brak systematycznych startów i rywalizacja o miejsce w składzie na pewno nie ułatwiała im zadania, ale i tak żaden z nich nie spisywał się na miarę swoich możliwości.

Największe rozczarowanie, na początku sezonu, dotyczyło postawy debiutującego w żółto czerwonych barwach- Daniela Bewley’a, który zupełnie nie odnalazł się w realiach PGE Ekstraligi. Tym samym wrocławianie sięgnęli po koło ratunkowe w postaci „gościa” – Chrisa Holdera. Australijczyk przeplatał dobre występy słabszymi, ale na pewno był ważnym i solidnym punktem zespołu. Natomiast młody Brytyjczyk, po dłuższej przerwie od startów, zaczął błyszczeć, a po użyczeniu przez kolegę z reprezentacji sprzętu pokazał, na co go stać.

Max Fricke radził sobie niewiele lepiej, niż jego przyjaciel Bewley. Jednak końcówka sezonu była o niebo lepsza. Wyglądało to tak, jakby chciał udowodnić swoją wartość poprzez waleczność, ale również odwagę i pewność siebie na torze. Mówiło się dużo o jego kłopotach ze sprzętem, które dopiero pod koniec sezonu udało się na tyle wyprowadzić na prostą, aby odnieść swoje pierwsze zwycięstwo w FIM SGP. Na pewno w drużynie oczekiwano od niego więcej, biorąc pod uwagę poprzedni, wyrównany sezon i awans do Grand Prix.

Najtrudniej ocenić formę Maksyma Drabika. Początek sezonu zwiastował świetną dyspozycję. Jednak przedłużająca się decyzja Trybunału Arbitrażowego przy PKOl i liczne komentarze na jego temat odbiły się na jego formie. To nie był ten sam waleczny zawodnik, który przyzwyczaił kibiców do walki o każdy punkt na dystansie.

Biorąc pod uwagę wyniki w poszczególnych meczach, cała drużyna w kryzysowych momentach radziła sobie najlepiej. Świadczy to o ich sile mentalnej. Co więcej, ich waleczność widoczna była również na torze, co świetnie oddają statystyki prowadzone przez gurustats.pl. Był to zespół najlepszy na dystansie. Na domowym torze zyskali na trasie 13 punktów. Najwięcej na koncie mają dwaj liderzy Maciej Janowski (+12) i Tai Woffinden (+6) oraz Gleb Chugunov (+4). Natomiast zupełnie inaczej wygląda to w przypadku Maksyma Drabika (-5). Zarówno Janowski, jak i Woffinden, znaleźli się w czołówce PGE Ekstraligi pod tym względem.

Odzwierciedla to główny atut drużyny z Wrocławia – waleczność, bo BETARD Sparta zawsze walczy do końca. Sceptycy mogą powiedzieć, że awansowali dzięki temu, że swojej szansy nie wykorzystali ELTORX Włókniarz Częstochowa czy Motor Lublin. Jednak gdyby nie ich hart ducha, już dawno mogliby odpuścić. Oni potrafili jednak stanąć twarzą w twarz z problemem i pod tym względem na pewno nie zawiedli swoich kibiców.

Summa summarum, zdobycie trzeciego miejsca w DMP po wszystkich zawirowaniach, z jakimi przyszło się zmierzyć żużlowcom smakuje zapewne wyśmienicie. Najlepiej sprawdzają się tu słowa kapitana wrocławskiej drużyny po ostatnim meczu, które świetnie podsumowują cały sezon w ich wykonaniu. – Każdy chce zdobywać złote medale, ale trzeba patrzeć na sytuacje realnie. To trzecie miejsce jest dla nas dużym sukcesem, tym bardziej patrząc na to, co działo się na przestrzeni ostatnich miesięcy – wyjaśnił żużlowiec.

 

Alicja Labrenc